Nowa Zelandia – czyli życie w strefie kiwi: Wyspa Południowa

Zakończyliśmy naszą przygodę z Nową Zelandią. Spędziliśmy 9 miesięcy w tym odległym od Polski kraju. Poznaliśmy kulturę kraju Kiwi, zasmakowaliśmy pracy jak lokalsi, śmiało można powiedzieć, że zjeździliśmy Nową Zelandię wzdłuż i wszerz oraz zobaczyliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć. Ta podróż różniła się od naszych poprzednich… Dlaczego? Auto, które kupiliśmy na początku, stało się naszym domem na kółkach. Spaliśmy w nim, gotowaliśmy i ogólnie rzecz biorąc żyliśmy.

 

Nasze życie w aucie trwało 41 dni, przejechaliśmy 10 tysięcy kilometrów.

Spoiler: było super!

Zacznijmy od wyspy południowej gdzie zaczęliśmy naszą przygodę.

Start: Nelson (miasto, w którym już kiedyś byliśmy, więc teraz nie będziemy się rozpisywać co warto tutaj zobaczyć, bo to wszystko znajdziecie w poprzednich postach).

Punakaiki – miejscowość na Zachodnim Wybrzeżu, gdzie wapienne formacje skalne w trakcie erozji utworzyły tzw. Skały Naleśnikowe (Pancake Rocks). Miejsce warte zobaczenia :).

IMG_2654.JPG

Następnie poprzez miejscowość, która brzmi jak nazwa ziemniaka – KUMARA dotarliśmy do Hokitika – urocze miasteczko, w którym każdy na plaży szuka słynnego nowozelandzkiego „greenstone” (zielonego kamienia). Kto nie znajdzie, rusza do sklepu by nabyć tą unikatową i bardzo ładną biżuterię (też taką nabyliśmy, a co :P). Kiedyś panowała tam istna gorączka złota, a teraz jest to spokojne i klimatyczne miejsce. Będąc tutaj warto udać się na pobliskie Blue Pools – jeziora z niebiańską wodą.

20171019_104601.jpg

Czas na dwa lodowce – Franz Josef i Fox Glacier – oba położone w niedalekiej odległości od siebie. Nam nie udało się ich zobaczyć, bo chmury były za nisko i wszystko zasłoniły. Nie ma co jednak ukrywać, że interes tutaj kwitnie – turyści przyjeżdżają w to miejsce i korzystają z drogich atrakcji np. 20 minutowy lot helikopterem nad lodowcem – 200 dolarów.

Nareszcie Wanaka – piękne miasteczko z jeszcze piękniejszym jeziorem i okolicami. Słynne „that Wanaka tree” czyli najpopularniejsze drzewo w całej Nowej Zelandii – koniecznie musicie zrobić mu zdjęcie :). Co warto zrobić będąc tutaj?

  • wejdź na górę Mt. Iron i podziwiaj 360ᵒ panoramę na miasto,
  • udaj się na spacer i podziwiaj kolejne „niebieskie jeziorka” (Blue Pools Track),
  • zobacz War Memorial upamiętniający ofiary z I i II Wojny Światowej,
  • a przy odrobinie szczęścia i pogody zdobądź Roys Peak i zachwyć się widokiem!

To i wiele, wiele innych pięknych miejsc czeka na Was w Wanaka.

Piękna droga prowadząca z Wanaka do Queenstown zaparła nam dech w piersiach (nie tylko nam, bo nasze autko musiało się nieźle namęczyć by wyjechać po tak stromych zakrętach na samą górę). Samo Queenstown jak dla nas to jak nasze polskie Zakopane tylko, że ma bonus w postaci jeziora. Jest ładnie, jednak dla nas zbyt turystycznie, zbyt tłoczno i zbyt drogo. Nie da się jednak ukryć, że jest to miejsce dla wszystkich, którzy szukają doznań i adrenaliny, bo to tutaj znajduję się między innymi najsłynniejsza na świecie huśtawka. Każdy, kto poszukuje wrażeń, na pewno je tam znajdzie. Nam bardzo podobały się widoki z gondoli oraz wyścig na samochodzikach 😀

Następnym miejscem na naszej liście była zatoka Milford Sound. Mimo, że jest z nazwy zatoka, tak na prawdę jest wyrzeźbiona przez lodowiec. Fiord długi na 20 kilometrów z wysokimi pionowymi ścianami charakteryzuje się zróżnicowanym zasoleniem wody i… tym, że jest to jedno z najbardziej deszczowych miejsc na ziemi. My mieliśmy „szczęście” i trafiliśmy na deszcz 🙂

Bluff – bardziej na południe wyspy południowej się już nie da…

20171024_152405

Dunedin- znajduje się tutaj najstromsza ulica świata (Baldwin Street), a nam wydawało się, że te ulice co widzieliśmy w San Francisco to bardziej strome już być nie mogą, a tu jednak! Kąt nachylenia tej ulicy wynosi 38%!

Zabytkowa stacja kolejowa również robi wrażenie…

20171026_142350

Uliczki miasta zdobią artystyczne graffiti, jedno jest nawet autorstwa Polaka 🙂 Robiąc sobie przerwę w zwiedzaniu, można skusić się na wizytę w fabryce czekolady – Cadbury. To aż nieprzyzwoite robić tak pyszną czekoladę! Ogólnie całe miasto robi wrażenie bardzo przyjemnego i chętnie spędzaliśmy tam czas.

Miasto miastem, jednak nie zapominajmy o okolicach – Tunnel Beach, piękna miejscówka, warto pomęczyć się i zejść na sam dół a potem wspinać się na górę.

No i w końcu jesteśmy. Widzieliśmy tą górę przed naszą wyprawą setki razy, a jednak na żywo robi jeszcze większe wrażenie. Mt. Cook (3724 m n.p.m), bo o nim mowa, jest najwyższą górą w Nowej Zelandii i położony jest w Alpach Południowych. Na zboczach góry znajdują się dwa lodowce: Tasmana i Hookera. Nazwa swoją górę zawdzięcza oczywiście Jamesowi Cookowi, który przybył do Nowej Zelandii w 1770 roku. Góra nas zahipnotyzowała, dlatego chcieliśmy oglądać ją z każdej możliwej strony.

Po Lake Pukaki, u którego podnóża znajduje się Mt. Cook, ruszyliśmy na Lake Tekapo, czyli miejsca gdzie szukaliśmy „drogi mlecznej” gdyż jest to teren najczystszego nieba. Nigdy nie widziałam tak pięknego nieba, tysiące gwiazd i konstelacji, które wydawałoby się, że świeciły o wiele mocniej, intensywniej niż gdziekolwiek indziej… ten obraz został już tylko w naszych wspomnieniach, bo niestety nie mamy odpowiedniego sprzętu by uwieczniać takie zjawiska. 22253600.JPG

Kaikoura – w tym miejscu mieliśmy jeden cel: spełnić marzenie i pływać z delfinami w ich naturalnym środowisku. Nie chcieliśmy pływać z delfinami, które są zamknięte w ciasnych basenach, trenowane i niejako zmuszane do zabaw z człowiekiem. My weszliśmy do ich naturalnego środowiska jakim był otwarty ocean i daliśmy im wybór: albo my je zainteresujemy na tyle, że będą chciały z nami pływać i bawić się albo sobie od nas odpłynął. Na szczęście delfiny są tak radosnymi stworzeniami, które uwielbiają zabawę więc obie strony miały niezłą frajdę :).

Z Kaikoury ruszyliśmy w kierunku nam bardzo dobrze znanym – Blenheim (mieszkaliśmy i pracowaliśmy właśnie tam) by znaleźć się w Picton – miejscu skąd wypływają promy na wyspę północną.

IMG_1951

I na tym kończy się nasza wyprawa po wyspie południowej, ale to nie koniec. Przecież przed nami jest już widoczna wyspa północna, która jest zupełnie inna niż południe.

 

Reklamy

Singapur

Jesteśmy w Singapurze – mieście, o którym krążą legendy. Miasto – państwo (2 w 1)  znane z wielu zakazów i przeraźliwie wysokich kar za złamanie przepisów. Nie wolno jeść ani pić w miejscach publicznych, przechodzić w miejscach niedozwolonych, śmiecić (!!!!), okazywać zbyt wylewnie uczuć na ulicy, żuć gumy (nawet nie wolno jej posiadać na terytorium tego państwa-miasta) ani przemycać narkotyków (za to grozi kara śmierci i jest ona jak najbardziej popierana przez społeczeństwo tam mieszkające i egzekwowana przez władzę) – te i inne przepisy sprawiają, że człowiek zwiedzający Singapur musi się na początku bardzo pilnować aby przez przyzwyczajenia nie popaść w kłopoty. Zakaz wożenia zwykłej gumy do żucia wydaje się śmieszny i w ogóle bezpodstawny, jednak okazuje się, że to bardzo mądre. Widzieliśmy statystyki pokazujące kosztowność usuwania gum z chodników, ławek itp. To naprawdę kosztowne, więc jeśli ludzie nie będą żuć gum to pieniądze przeznaczone na ich usuwanie zostaną zagospodarowane na coś bardziej przydatnego. Prosta i mądra oszczędność pieniędzy. Będąc w Malezji położyliśmy plecak na chodniku, a potem zauważyliśmy przyczepioną do niego gumę – zaczęliśmy się śmiać mówiąc, że w Singapurze to by się na pewno nie stało.20170308_114922

Dzięki licznym zakazom i nakazom Singapur jest miejscem bardzo czystym i zadbanym, a komunikacja w mieście jest bardzo sprawna i szybka.

Zwiedzając to miejsce, nasze pierwsze kroki zaprowadziły nas do Akwarium w Singapurze, czyli największego Akwarium na świecie (S.E.A. Aquarium Marine Life Park). Miejsce, które jest domem dla 100.000 zwierząt morskich, gdzie zobaczyć można 800 różnych gatunków jest doświadczeniem, którego długo nie zapomnimy. Nie jesteśmy w stanie wymienić wszystkich zwierząt, które mogliśmy tam podziwiać, ale też nie chodzi chyba o to byśmy wypisywali tutaj każdą rybkę, płaszczkę, meduzę czy rekina jakiego widzieliśmy. Bo tak naprawdę to całość robi ogromne wrażenie. A co do ogromności to w akwarium znajduje się „Open Ocean” czyli ogroooomna szyba szeroka na 36 metrów,  mająca 8,3 metra wysokości, która pozwala na zaglądniecie do wnętrza tegoż zbiornika wypełnionego ponad 18 000 000 litami morskiej wody, gdzie pływa ponad 50 000 okazów. Człowiek może poczuć się jak w kinie na jakimś wodnym spektaklu (dosłownie, ponieważ w czasie gdy my tam byliśmy był obchodzony Chiński Nowy Rok i nurkowie pod wodą dali „smoczy popis” dla wszystkich turystów). Dla każdego kto planuje wizytę w tym państwie – zachęcamy by dopisać to do listy „must see” 🙂

Kolejnym zapierającym dech w piersiach miejscem jest Gardens by The Bay. Nie ma co wiele pisać bo najlepiej jest to po prostu zobaczyć, do czego gorąco zachęcamy. Szczególnie wieczór, kiedy to odbywa się muzyczno-wizualne show 🙂

Marina Bay – spacer obowiązkowy, by podziwiać piękne i wysokie wieżowce, poczuć najnowszą technologię, architekturę i wszystko to, co sprawia, że Singapur wydaje się być miastem z przyszłości.

To prawda, że Singapur nie jest tanim miastem dla turystów. Noclegi, jedzenie są drogie, ale uważamy, że jest to miejsce warte odwiedzenia jeśli ktoś byłby w tak zwanym pobliżu 🙂

IMG_1609

Kuala Lumpur

Podczas naszego pobytu w stolicy Malezji najbardziej spodobały się nam Petronas Towers -znak rozpoznawczy miasta i całego kraju. Są to dwie bliźniacze wieże, mierzące 452 metry każda – jedne z najwyższych budowli świata. Do 2004 roku były to najwyższe budynki na świecie. Za dnia jak i wieczorową porą robią wielkie (dosłownie) wrażenie 🙂
Najlepszym miejscem widokowym na całe miasto wydaje się być Chińska Świątynia – Thean Hou, poświęcona bogini morza Tian Hou, znanej również jako Mazu. Świątynia ta umiejscowiona jest na wzgórzu i posiada 4 poziomy. Jest też największą świątynią chińską w Azji południowo-wschodniej. 
Będąc w Kuala Lumpur koniecznie trzeba zobaczyć Batu Caves – kompleks jaskiń skalnych, w których znajduje się kompleks świątyń hinduistycznych. Są one jednymi z najważniejszych takich ośrodków usytuowanych poza Indiami, dlatego są tak tłumnie odwiedzane przez turystów i pielgrzymów. Aby się dostać się do samych jaskiń trzeba pokonać 272 stopnie, pnących się od stóp złotej statuy Murugan (złoty posąg mierzy 42 metry!). Po drodze na szczyt towarzyszą nam makaki, które tylko czekają na turystów aby ukraść im jedzenie 🙂
Dla wszystkich miłośników przyrody i kwiatów polecamy odwiedzenie Ogrodów Orchidei.
img_1170
Co do samej stolicy Malezji – niestety, nie spodobała nam się, chociaż niejednokrotnie spotykamy się z odmiennymi opiniami, ale każdy ma prawo do swojego zdania 🙂 Miasto wielkie i wręcz nas przytłaczające. Na ulicy pełno śmieci, tak że nie trudno zauważyć chodzące karaluchy. Po zmroku oczywiście mnóstwo ludzi rozkładających sobie wózeczki serwując lokalne specjały. Fanami tamtejszego jedzenia również nie zostaliśmy. Co nam się podobało? To, że większość ludzi tam spotkanych mówiła po angielsku, więc było nam się łatwiej porozumieć niż w Tajlandii. Byliśmy również pod wrażeniem środków komunikacji – metro – sprawnie i szybko działające, a autobusy długodystansowe – z wygodnymi siedzeniami i mające sporo miejsca na nogi (a to, że raczej na czas nie przyjeżdżają… to chyba już tak tam jest :)).

Świat słoni – Kanchanaburi

Słonie w Tajlandii to ciągły temat sporów. Kiedy widzi się broszury biur turystycznych oferujące przejażdżki na wielkim i dzikim zwierzęciu jakim jest słoń, każdy myśli sobie – „ale super!! Będę mieć niepowtarzalne zdjęcie na facebooka”… ale czy to nasze „niepowtarzalne” zdjęcie jest tego wszystkiego warte?!?!

Okazuje się, że słonie które zarabiają na „siebie” wożąc turystów, pracując w cyrku, przy wyrąbie drzew lub wykonując zadania dla niego nienaturalne (np. malowanie pędzlem trzymanym przez trąbę) wcale nie mają z tego takiej przyjemności jak osoby go oglądające. Dla wszystkich tych, którzy chcieliby poznać problem słoni w Tajlandii i niestety nie tylko, proponuje by wpisali w google „phajaan” lub „łamanie ducha słonia”.

img_0445

My również zdecydowaliśmy się na przygodę ze słońmi. Z tą różnicą, że wybraliśmy świadomie. W Tajlandii znajduje się tylko kilka ośrodków, gdzie słonie są traktowane humanitarnie i te ośrodki warto odwiedzać. My wybraliśmy się do Elephants World w Kanchanaburi,  gdzie znajduje się 27 słoni, ocalonych i odkupionych z niewoli. Spędziliśmy z nimi cały dzień: karmiliśmy je między innymi bananami i arbuzami, a po reakcji słoni widać było, że to ich przysmak.  Obserwowaliśmy ich zabawy w błocie, oglądaliśmy krótki film instruktażowy o tych niesamowitych zwierzętach by poznać lepiej ich naturę i zachowania. W programie było też gotowanie jedzenia dla starszych i schorowanych słoni. Nawet pojechaliśmy na pole by ścinać trawę cukrową, która dla nich jest jak dla nas słodycze. Ale najlepsze było na końcu … kąpiel ze słoniami 🙂

To było niesamowite przeżycie obcowania tak blisko z tak wielkimi i inteligentnymi zwierzętami, które przeszły wiele i pamiętają co człowiek im wyrządził, a jednak widać było, że są teraz szczęśliwe i wdzięczne za zmianę ich losu.

Będąc na wyspie Koh Phangan udaliśmy się zobaczyć miejsce gdzie słonie wykorzystywane są do trekkingów z ludźmi. Pojechaliśmy w to miejsce by zobaczyć jak to wygląda. Niestety, te słonie znacznie różniły się od tych poznanych przez nas w ośrodku. Wyglądały na smutne i zmęczone. Wydawało się, że nawet jedzenie sprawia im trud. Przykro nam było patrzeć na słonie i jeszcze bardziej na tych turystów, którzy może nie do końca są świadomi podejmowanych przez siebie decyzji i ich konsekwencji.

slooon
Słonie pracujące dla człowieka

Mamy nadzieję, że świadomość turystów odnośnie wykorzystywania słoni będzie wzrastać i będzie coraz więcej takich ośrodków jak Elephants World, których głównym mottem jest: „We work for elephants, not elephants for us”.

img_0364

Bangkok – here we are :)

Naszą podroż zaczęliśmy w Bangkoku – stolicy Tajlandii. Nie był to główny cel naszej podróży, więc poświęciliśmy mu tylko 2 dni. To za mało by zobaczyć wszystko co się chciało, ale dla nas wystarczająco by chcieć jechać dalej, żeby jak najmniej odwlekać wyjazd na wyspy. Bangkok zapamiętamy na pewno, bo to bardzo charakterystyczne, tętniące życiem turystyczne miasto.

Wylot mieliśmy z Warszawy z godzinną przesiadką w Moskwie. Jeszcze zanim wylecieliśmy z Warszawy mieliśmy opóźnienie i wiedzieliśmy, że może być ciężko zdążyć na drugi samolot. Na domiar złego, w Moskwie była ogromna śnieżyca, przez która samolot nie mógł wylądować i w momencie w którym wpuszczano już ludzi na pokład samolotu do Bangkoku my dalej fruwaliśmy sobie nad moskiewskimi chmurami. Na szczęście pilot zdecydował się lądować zostawiając nam dosłownie 15 minut na przesiadkę. Odlot był z tego samego terminalu, więc była to tylko kwestia przejścia „kilku” bramek, odprawy celnej, paszportowej, kontroli bagażu. Wydawało nam się, że nie zdążymy, bo na każdym kroku mówiono nam „biegiem!”. Zostało nam 5 minut do zamknięcia naszej bramki, a ona znajdowała się na samym końcu. Na szczęście się udało! 🙂 Byliśmy ostatnimi, którzy wsiedli do samolotu 🙂 Martwiliśmy się tylko czy nasz bagaż też zdążył się „przesiąść”, ale już po wylądowaniu okazało się, że nie. W podręcznym bagażu nie mieliśmy za wiele rzeczy na przebranie, ani tym bardziej kosmetyków. Walizka dotarła do naszego hotelu następnego dnia po południu.

Tak zaczęła się nasza przygoda z Azją, podróżując coraz dalej mieliśmy przygód coraz więcej… ale o tym w następnych postach.

Czas w Bangkoku poświeciliśmy na zwiedzenie:

Wielki Pałac Królewski – odwiedzając świątynie należy pamiętać o stroju. Zachowując szacunek dla kultury tajskiej, króla i ich wierzeń -> zero shortów, zero gołych ramion. Dla nas było to trochę problematyczne, ponieważ w związku z tym, że nasza walizka nie wylądowała razem z nami, nie mogliśmy przebierać w ubraniach. Mieliśmy na sobie tylko to w czym wylądowaliśmy – krótkie spodenki 🙂 Ale i na to tajowie znaleźli rozwiązanie – wypożyczalnia długich spódnic dla pań, długich spodni dla panów. Wypożyczalnia znajduję się tuż przy kasach z biletami, a wypożyczenie jest za darmo.

Leżący budda

img_0068

Koh San Road– najsłynniejsza ulica, na której można kupić dużo i zobaczyć jeszcze więcej. Studia tatuażu oferujące turystom tajskie wzorki i nie tylko, stragany na których możemy kupić prócz ciuchów z lokalnymi zdobieniami np. „oryginalne” męskie bokserki Calvin Klein czy Hugo Boss. Jeśli ktoś chciałby posiadać legitymacje FBI czy dyplom jakiejś uczelni to oczywiście też jest to do zrobienia. Potrzebujesz zrobić pranie? Nie ma sprawy. Za wypranie 1 kg ciuchów trzeba zapłacić około 60 batów (ok. 7 zł). Restauracje, bary, a także wózeczki ze street foodem pozwalają na kulinarne zatopienie się w Tajlandii. Ogólnie na tej ulicy życie zaczyna się po zmroku i jest to naprawdę duża impreza. Rano wszystko wygląda zupełnie inaczej- jakby nie to samo miejsce.

Pat Pong market – miejsce dobre na shopping, bo straganów całe mnóstwo 🙂 Jest w czym wybierać zwłaszcza, że tajlandzkie wyroby są bajecznie kolorowe. Ceny dużo wyższe niż np. na Koh San Road. Jeśli ktoś byłby zainteresowany „ping pong show”- idealne miejsce 😛 Dziewczyny, na każdym rogu oferują tu swoje usługi.

Chinatown – w terminie naszej wycieczki w Tajlandii był obchodzony Chiński Nowy Rok. Mieliśmy okazję zobaczyć jak inna kultura świętuje i wita nowy rok.

Ciekawą i nową dla nas rzeczą, którą zobaczyliśmy pierwszy raz w Tajlandii były tablice „take your shoes off” przed wejściem do świątyni, sklepu czy biura. Tradycją, lub nawet obowiązkiem jest ściąganie butów przed wejściem do czyjegoś domu.

20170203_183545

Tajowie są teraz w trakcie rocznej żałoby po śmierci króla- Bhumibola Adulyadeja, dlatego większość z nich chodzi ubrana na czarno. Na ulicach, biurach, dworcach i ogólnie mówiąc miejscach publicznych wiszą wielkie portrety króla przyozdobione kwiatami. Mimo tego, Tajlandia nie bez powodu nazywana jest krainą uśmiechu. Tajowie są bardzo pomocni, uśmiechnięci i pogodni. Nas osobiście dwa razy „uratowali”, kiedy nie mieliśmy jak wrócić do hotelu (bo autobusy już nie kursowały, a taksi było niedostępne) lub gdy groziło nam spóźnienie się na pociąg – zaoferowali darmowa podwózkę.

Spotkały nas też inne ciekawe sytuacje. Chcieliśmy dojechać do informacji turystycznej w celu kupienia biletów na autobus do Kanchanaburi i stwierdziliśmy, że dojedziemy tuk tukiem (popularny środek transportu w Bagkoku). Wzięliśmy jeden z żółtymi tablicami (czyli niby oficjalny) i pokazaliśmy na mapie gdzie chcemy jechać. W połowie drogi zorientowaliśmy się, że chyba nie jedziemy w dobrym kierunku, aż w pewnym momencie kierowca się zatrzymał i mówi łamanym angielskim, że to tutaj. Sprawdziliśmy na internecie i okazało się, że jesteśmy w innym miejscu. Pokazujemy więc jeszcze raz gdzie chcemy dojechać, ale kierowca upiera się, że to dokładnie to samo miejsce. Było to inne „biuro informacji turystycznej” tylko prywatne. Tam też oczywiście sprzedawali bilety, tylko z ogromną prowizją. Na szczęście przyszedł dobry człowiek i powiedział coś po tajsku do kierowcy, a ten zawiózł nas gdzie miał. Później doczytaliśmy, że to ich częsta praktyka, bo za każdą taką wizytę dostają bony paliwowe i dodatki pieniężne. Więc jak kiedyś jadąc tuk tukiem kierowca zatrzyma się pod sklepem z garniturami, biurem turystycznym albo czymś podobnym, można być pewnym, że ma z tego jakiś profit 🙂

img_9914

Pobyt wspominamy z uśmiechem na ustach i tęsknotą do tajskiego jedzenia 🙂

Z tego miejsca pozdrawiamy Marcina z Sonia i Liwia, Dorotę, Mirka, Monikę i Tomka z którymi czadowo spędziliśmy czas w Bangkoku. Liczymy na powtórkę 😀 Na zdrowie!

received_1313193162094700

America 2016

W końcu naszedł czas by móc wyruszyć w wyczekiwaną wyprawę po USA!! Spakowaliśmy walizki i pełni podekscytowania wyruszyliśmy w naszą kolejną podróż. Tym razem na zachód USA.

Naszym marzeniem było zobaczyć Yellowstone, dlatego punktem A z którego zaczynaliśmy podróżować było Salt Lake City. Miasto to nie zauroczyło nas niczym, dlatego nie będziemy o nim tutaj pisać. W drodze do Yellowstone, postanowiliśmy zobaczyć park narodowy Grand Teton, jednak pogoda nam nie sprzyjała i nie było żadnych majestatycznych widoków, których się spodziewaliśmy 😦

Więc, przejdźmy od razu do… YELLOWSTONE! Jest to najstarszy park narodowy na świecie. Na terenie parku znajdują się słynne gejzery, gorące źródła, wulkany błotne, wodospady, a sam park usytuowany jest na rozległym wulkanicznym płaskowyżu. Park jest olbrzymi i ciężko zwiedzić wszystko w ciągu 2 dni. Zrobiliśmy jednak swoją listę „must see” i właśnie nią kierowaliśmy się zwiedzając. Nie wiem ile razy powiedzieliśmy z podziwu „wow”. Mnóstwo dzikich zwierząt nawet na drogach, gejzerów wybuchających zgodnie z zegarkiem, wszędzie słychać bulgotanie i ten wszechobecny zapach siarki – to nasze pierwsze spostrzeżenia z Yellowstone. Krajobraz zmieniał się co chwilę, tak jak i pogoda. W jednej części jesień, a w drugiej zaawansowana zima! Raz pada deszcz, raz śnieg, a gdzie indziej słońce. Nie wiem ile czasu potrzeba aby zwiedzić cale Yellowstone.. Pewnie mnóstwo, skoro jest tu tak pięknie, że co chwilę chciałoby się stawać, robić zdjęcia i podziwiać widoki.

Po kolejnym dniu spędzonym w parku byliśmy jeszcze bardziej zachwyceni. Pogoda nam dopisywała, bo mimo, że było chłodniej, to nie padał ani deszcz, ani śnieg. Widzieliśmy mnóstwo zwierząt. Mieliśmy także bliskie spotkanie z bizonami, które leniwie stały na środku drogi i nie chciało się im ruszyć, więc opóźniało to trochę nasze plany zwiedzania, bo wszyscy musieli w aucie czekać, aż się łaskawie ruszą :). Było też spotkanie z niedźwiedziem, który jadł sobie jagody w lesie w odległości 20 metrów od nas. Na nasze szczęście był tym tak pochłonięty, że nie zauważył ludzi gapiących się na niego 😀 A tak poza tym to zastanawiamy się ile osób miało przy sobie (a nie w aucie) bear spray w razie czego. My nie mieliśmy – leżał w aucie.. Żadne z tych spotkań nie przeszkadzało nam jednak, ponieważ są częścią tego parku i bez nich to po prostu nie to samo. Zwiedzać Yellowstone można na mnóstwo sposobów i pewnie każdy turysta (a było ich pełno, niestety. Nawet w październiku czułam się jakby to był sezon) robi to po swojemu. Generalnie: jak dla nas Yellowstone – mega, jesteśmy pod wielkim wrażeniem i polecamy każdemu.

Zion National Park – tutaj mieliśmy wędrówkę dla odważnych. Ja uważałam się za odważną, ale na tej trasie poległam. Nie mój dzień. Jednak Robert wyszedł wysoko, aż tam gdzie lądują tylko anioły, bo cel naszej wyprawy i nazwa szczytu to Angels landing. Bardzo popularny szlak uważany za jeden z najpiękniejszych w całych Stanach Zjednoczonych. Była to trudna trasa z dużą różnicą poziomów, a dodatkowo na domiar wszystkiego, ostatnia część trasy była z łańcuchami i przepaścią po obu stronach na około 400 metrów. Kilka nierozważnych osób ta trasa pokonała.. Idąc na górę słyszałem ciągle ludzi mówiących „Następnym razem jak przeczytam ze trasa jest bardzo wymagająca to im uwierzę!„, bądź „A ostrzegali żeby ubrać lepsze buty i zabrać więcej wody.„. Ale te widoki..!

Będąc w Zion musieliśmy przejść się (lub brodzić :P) kanionem utworzonym przez rzekę Virgin River. Kanion ma ponad 25 kilometrów długości, miejscami 600 metrów głębokości. Jednak woda była tak zimna, że widząc fioletowe usta i trzęsące się nasze ciała – wyszliśmy. Generalnie pomysł fajny, tylko szkoda ze woda taka zimna, do tego słońce już nie świeciło w kanion i wiał zimny wiatr. Cóż, może następnym razem 🙂

Vegas baby, Vegas! Miasto grzechu, rozrywki i… każdy pewnie dopowie coś od siebie. Dla jednych to miasto jest cudowne, a dla innych wręcz pachnie tandetą i kiczem. Jedno jest pewne: jeśli masz pieniądze i jakieś zachcianki – jedź do Vegas, tam zabawisz się w sposób o jakim nawet nie śnisz!

dscf8520

Wyjeżdżając z Las Vegas, warto (a nawet trzeba!) udać się do Doliny Śmierci. Jest to najbardziej suche miejsce Ameryki, jedno z najgorętszych miejsc na Ziemi z największa depresją (86 m p.p.m – Badwater Basin), oraz najwyższym szczytem kontynentalnych Stanów Zjednoczonych – Mount Whitney 4421 m n.p.m. Przy dobrej pogodzie oba punkty można zobaczyć z Dante’s View. Atrakcja są też wydmy Mesquite Flat Dunes, które wyglądają jakbyśmy przenieśli się na Sahare.

W Yosemite mieliśmy najlepszy hotel na świecie. Nie 4 czy 5 – gwiazdkowy lecz… pod milionami gwiazd! Mimo, że to legalne obozowisko, wszędzie były ostrzeżenia o niedźwiedziach i nakazie zamknięcia jedzenia w specjalnych kontenerach do których niedźwiedzie nie potrafią się dostać. Ja widziałem też ostrzeżenie o dzikich górskich kotach, ale nie mówiłem o tym Karolinie, żeby jej niepotrzebnie nie straszyć. Tymczasem w środku (ziiiiiimnej!!) nocy obudziło nas.. miałczenie! Tak, to ów dziki górski kot 🙂 Jakich był rozmiarów, czy są groźne, jaka jest ich dokładna nazwa? Nie wiem.. Nie odważyliśmy się wyjść i sprawdzić, ale nic nam się nie stało 🙂 Rano udaliśmy się na mała wycieczkę krajoznawczą po przepięknym parku.

San Francisco – miasto okrzyknięte przez Roberta najpiękniejszym jakie widział (po wizycie w Vancouver jest remis) Uwaga! Dołączam się do tej opinii. Mimo złej pogody (lało 3 dni, a zanim przyjechaliśmy to deszcz padał ostatni raz 5 miesięcy temu) pokochałam to miasto. Słynny Golden Gate Bridge, Alcatraz, Lombard Street, Coit Tower to tylko niektóre z atrakcji proponowanych przez miasto. Warte zobaczenia, warte polecenia. Ja i Robert pod tym miastem klikamy: lubię to!

Z tego miejsca pozdrawiamy Kubę :), który nas nocował w SF i pokazał życie nocne:)

Los Angeles, miasto aniołów (a może powinno się nazywać miastem smogu i korków?) – miasto po którym dużo się spodziewałam. Dużo.. się rozczarowałam. Niestety. Miasto bogate, a widać biedę i bezdomnych na chodnikach. Leżą tam, śpią, żyją – totalnie pogodzeni ze swoim losem. Natomiast w „dzielnicy gwiazd” bogactwo widać wszędzie – poprzez wielkie domy, piękne i szybkie samochody, a nawet czyste ulice i drogie sklepy. Turystów mnóstwo, szczególnie w dzielnicach gdzie można spotkać sławne osoby. Co możemy polecić z LA to na pewno: Griffith Observatory – obserwatorium, nie tylko dla fanów, w którym Robert mówi, że mógłby zamieszkać 🙂 Oczywiście spacer przystania w Santa Monica również jest obowiązkowy. Bardzo chcieliśmy również zobaczyć jak nagrywa się seriale w Hollywood. W tym celu kilka dni wcześniej zarezerwowaliśmy sobie bilety (które są darmowe, ale obowiązuje zasada „kto pierwszy ten lepszy”) i z ogromna radością i ekscytacja wyczekiwaliśmy tego dnia. Dzień nadszedł. Wcześniej zobaczyłem na mapach jak długo zajmuje dotarcie na miejsce wliczając w to korki, ale takich korków jeszcze w życiu nie widziałem.. Może to normalny dzień w LA, może to nasz pech? Nie zdarzyliśmy na nagrywanie, zobaczyliśmy tylko zamknięte bramy studia CBS. Oryginalnie chciałem iść na Teorie wielkiego podrywu, mój ulubiony serial, ale niestety jest tak popularny, że zarezerwowanie biletu na to trzeba planować duuuużo wcześniej. W zamian zarezerwowaliśmy na The Great Indoors, nowy show, który zapowiadał się dosyć fajnie. Teraz po premierze ma ocenę zaledwie 5.3 na filmweb.pl, ale sam fakt znalezienia się na widowni i zobaczenia od kuchni kręcenia amerykańskiego serialu to mogło być coś! Następnym razem lepiej przyłożymy się do tematu 🙂 Jedziemy dalej!

Wielki Kanion – spełnienie moich marzeń – nastąpiło!! Zachód słońca…najpiękniejszy jaki w życiu widziałam. Widok ten schowałam do mojej pamięci na długo, długo.

W Kanionie Antylop byłem w 2013 roku i to miejsce mnie zafascynowało. Taka perełka wyjazdu, bo niewiele ludzi o tym miejscu słyszało. Przepiękne kolory skał rzeźbione latami przez wodę wyglądają jak malowane. Tym razem było inaczej.. Jest to teren Indian co znaczy, że mogą sobie tam robić co im się podoba, no i robią. Mimo posiadania przepustki na wszystkie parki narodowe w całych Stanach, do tego akurat się nie nadaje. Nawet jeżeli się nie ma przepustki, to do większości płaci się tylko za samochód. W kanionie antylop – samochód + ilość w nim osób = drogo! A to tylko wstęp na parking.. Z tego co widziałem, są tam dwie firmy które oprowadzają ludzi. Totalna masówka! Czekaliśmy godzinę, żeby tylko zejść na dół w kanion, a jak się już nam udało to było tam tyle ludzi i taki ścisk jak na promocjach w Lidlu. Tłum cały czas się przemieszczał więc nawet nie było możliwości zrobienia dobrego zdjęcia. Sytuację ratowali trochę przewodnicy, którzy pokazywali jak ustawić aparat, żeby lepiej zrobić zdjęcia. Czy mimo wszystko warto tam pojechać? To już każdy indywidualnie musi sobie odpowiedzieć.

W okolicy kaniony antylop jest kolejne znane miejsce – Horseshoe Bend. W tym miejscu rzeka Kolorado, która przepłynęła wcześniej Wielki Kanion, zawija się tworząc koryto podobne kształtem do podkowy, stąd nazwa. Kilka minut spaceru i na miejscu 🙂

dscf9634

Ostatnim przystankiem naszej wycieczki był Bryce Canyon. Tak, przystankiem, bo nie planowaliśmy schodzić wgłąb kanionu. A szkoda.. Po zobaczeniu przez nas z góry jak wyglądają ścieżki na dole, wyobraziliśmy sobie, że tak najpewniej wyglądałby marsjański kanion!

dscf9664

Podczas planowania wyjazdu dowiedziałem się, że Maroon 5 gra koncert w tej części Stanów. Wiedząc jak bardzo Karolina uwielbia Adama i jego muzykę, w tajemnicy kupiłem bilety na koncert w Oakland i dostosowałem CAŁĄ wycieczkę i jej daty do tego jednego jedynego dnia – koncertu Maroon 5. Okazało się, że całkiem dobrze wszystko się zgrało i nie musieliśmy opuścić żadnego miejsca, które chcieliśmy zobaczyć. Jak wiecie z opisu wyżej, w San Francisco cały czas lało i tylko na ostatni dzień miało się trochę rozpogodzić. Na dzień koncertu. Wiedząc, że Karolina będzie chciała zobaczyć jeszcze ile się da w San Francisco przed odjazdem w następne miejsce, już nie mogłem dłużej ukrywać biletów, więc dzień wcześniej podarowałem je Karo! Jakbym tylko mógł nagrać tą minę! 😀

Podróż po USA wspominamy bardzo dobrze i jesteśmy mega zadowoleni. Gdyby ktoś spytał nas czy chcielibyśmy jeszcze tam wrócić, zgodnie odpowiadamy: TAK 🙂

Po Stanach podróżowaliśmy od 4 do 25 października.

Ale Meksyk!

Od miesiąca potajemnie planuje nasze wakacje. Chcieliśmy lecieć na Kubę, ale jakoś tak wyszło, że nie wyszło i zamiast tego jest.. Meksyk! 😀

Kiedy w 2014 roku poleciałem do Meksyku z dwoma koleżankami po campie, powiedziałem sobie „jeszcze tutaj wrócę”.. Ten kraj mnie zauroczył! Dużo słońca, piękne plaże, ruiny, dżungle, ruiny w dżungli na plaży..! Kiedy opowiadałem Karolinie o mojej wyciecze widziałem nutkę zazdrości w oczach, a ja wiedziałem, że kiedyś ją tam zabiorę 🙂 Tak więc jak w pracy wszyscy brali urlopy, skręcało nas niesamowicie, że każdy gdzieś jeździ, a tylko my nie.. Tym bardziej, że w lato wiemy jak będzie ciężko, bo Banff to typowo turystyczna miejscowość. Zacząłem potajemnie myśleć i planować..


Robert zrobił mi niespodziankę i zaplanował 2 tygodniowy wypad do Meksyku!! Był to wyjazd spontaniczny – przynajmniej dla mnie, bo dowiedziałam się o nim 10 dni przed wylotem. W pośpiechu kompletowałam letnią odzież. W końcu jakaś egzotyka – w końcu wakacje i w końcu temperatura wyższa (o wiele) niż w Kanadzie. Nie mogliśmy się doczekać, bo dla mnie miała to być moja pierwsza wizyta w Meksyku a dla Roberta druga.

Zaczynamy!

Lot z Calgary do Cancun minął szybko, a w samym Cancun, mającym słabe opinie, byliśmy tylko tyle, by wypożyczyć auto i ruszyliśmy dalej do..

Playa del Carmen  – dzień postanowiliśmy przeznaczyć na odpoczynek i nic nie robienie. Wczorajsza podroż samolotem i potem dotarcie późnym wieczorem do Playa del Carmen nas wykończyła. Wczoraj wieczorem nasza koleżanka z Kananaskis (Kanada) napisała do nas z pytaniem czy jesteśmy już w Meksyku i okazało się, że jesteśmy w tych samych miejscach (świat jest naprawdę mały), dlatego umówiliśmy się z nią na plażing, leżing i smażing ;). Byliśmy na pięknej plaży, słonce świeciło mocno często zachodząc za chmury ale i tak nie dawało nam zbyt dużo cienia. Wiał lekki wiat, który chłodził nasze ciała przez co nie wydawało się aż tak gorąco. Morze Karaibskie piękne – kolor turkus, ale tak pięknego, że jeszcze nigdy nie widziałam takiego koloru wody. Jednak była zimna!  Wydawało się nam, że będzie cieplejsza, ale po kilku naszych nurach – woda wydawała się wręcz idealna 🙂 Popołudnie spędziliśmy w typowej meksykańskiej knajpce. Jedzenie pyszne.. ciepłe i świeże, a do tego koktajl owocowy.. no cudownie 😉

Dzień drugi w Playa del Carmen spędziliśmy buszując po kolorowych straganach poszukując pamiątek. Jednak wysoka temperatura wcale nie ułatwiała nam zadania (dnia poprzedniego spiekło nas to niepozorne słoneczko) bo żar lał się z nieba, a z nas pot. Dlatego zmęczeni wróciliśmy do auta i ruszyliśmy do oddalonego o 60 km miasta – Tulum.

Tulum, dzień 3. Dzisiejszy dzień był zaplanowany na zwiedzanie ruin. Rano by uciec przed skwarem udaliśmy się na słynne ruiny Majów, które otoczone są murem i położone na 12 metrowym klifie Morza Karaibskiego. Polecamy każdemu kto udaje się w te okolice :).

13131635_974888762608491_5006913112198020256_o

W drodze do Chetumal (naszego noclegu) zatrzymaliśmy się w Laguna Bacalar, gdzie jezioro miało kolor laguny, a dokładniej mówiąc miało aż 7 odcieni! Kolor wody był przepiękny i nie łatwo było oderwać wzrok! Zaczęliśmy aktywny wypoczynek wypożyczając kajak. Niestety zdjęć nie mamy, bo cały sprzęt zostawiliśmy w aucie – Robert nastraszył mnie, że nigdy wcześniej nie pływał kajakiem i jest pewny, że się wywrócimy. Tak pływaliśmy sobie po tym pięknym jeziorze i podziwialiśmy jego odcienie. Robert okazał się bardzo dobrym kajakarzem. Nocleg w Chetumal znaleziony poprzez Airbnb  trochę nas przeraził.. Co prawda wiedzieliśmy,  że nocleg będzie bez klimatyzacji, ale dzień  wcześniej, kiedy rozważaliśmy opcje noclegu stwierdziliśmy, że chcielibyśmy nocleg ze śniadaniem, bo od momentu podróży nie jedliśmy normalnego śniadania. Jako że noclegi w hotelu + śniadanie przekraczały nasz budżet stwierdziliśmy, że  bez klimatyzacji powinno się obejść, a śniadanie chcemy zjeść :). Niestety, trochę przesadziliśmy, bo całe pomieszczenie, w którym mieliśmy przebywać było tak małe, duszne i bez okien, że po 1 minucie przebywania tam pot z nas spływał strumieniami. Co więcej – właścicielki ogłoszenia nie było, a jej brat, który nas przyjął nie wiedział nic o żadnym śniadaniu!

Byliśmy bardzo źli, bo to przecież dla śniadania zrezygnowaliśmy z klimatyzacji… Ale po rozmowie z nim obiecał, że coś wymyśli. No i wymyślił, bo na stole dnia następnego zauważyliśmy: suchary, 4 surowe jajka i kilka sztuk mango – które chyba było mocno niedojrzale, bo kwaśne i po prostu niezjadliwe.. Za to jajka.. prawdziwe, wiejskie i smaczne! (zupełnie inne niż kanadyjskie.. w smaku to jak prawdziwe polskie). Co do nocy .. Całą noc mieliśmy wiatrak włączony na najwyższych obrotach, ale i tak było gorąco, a na domiar złego całą noc szczekały psy.

Kolejny dzień spędziliśmy zwiedzając ruiny majów w Palenque. No bo w końcu jak majówka to tylko u majów 😉

20160425_103725

San Cristobal de las Casas – bez wątpienia mogę powiedzieć, że jest to jedno z najpiękniejszych miast Meksyku. Klimatyczne, chłodniejsze (temperatura za dnia to około 20 stopni) i ludzie bardzo mili. Z pięknego miasteczka udaliśmy się na wycieczkę łódką podziwiając Kanion del Sumidero. Podczas rejsu prócz podziwiania pięknych widoków, szukaliśmy krokodyli wylegujących się na słońcu.

W Ciudad del Carmen Robert zamienił się w Robinsona Crusoe i na, jak się potem okazało, prywatnej plaży, na której wylądowaliśmy zupełnie przypadkiem (była piękna i całkowicie pusta), zaczął szukać kokosów 😀 Gdy je znalazł, starał się otworzyć je używając (jak na Crusoe przystało) darów opustoszałej plaży. UDAŁO SIĘ! Woda z kokosa wypita prosto z kokosa – mniam mniam!

20160428_143626

Chitzen Itza –  prekolumbijskie miasto założone przez Majów .. taaaaak, kolejne ruiny do zwiedzania. Miejsce do którego przyjeżdża niemal każdy turysta będący w tych okolicach, przez to miejsce to jest bardzo skomercjalizowane i na każdym kroku krzykliwi sprzedawcy próbują coś wcisnąć. Oczywiście ceny tam są odpowiednio większe niż gdziekolwiek indziej, ale sami daliśmy się tam ponieść i po kilku minutach targowania i udawania, że jednak nie jesteśmy zainteresowani, Robertowi udało się kupić ładną drewnianą, ręcznie robioną figurkę na pamiątkę do naszego przyszłego domu 🙂

Jeśli istnieje raj na Ziemi i miałaby postać plaży, to na pewno według mnie tym rajem jest Isla Muejeres! Piękny piasek, czysta i ciepła woda Morza Karaibskiego stanowiły idealne zakończenie naszej podróży po Meksyku. Żałuję jednak, że brało nam czasu na zwiedzenie Belize i pięknej wyspy Caye Caulker lub San Pedro, o której sama Madonna śpiewała „Piękna wyspa” („La isla bonita„). Jest jeszcze wiele miejsc do zobaczenia i odkrycia 🙂

20160502_134248

Ogólnie całe nasze podróżowanie po Meksyku trwało 12 dni. Zwiedziliśmy 5 stanów: Jukatan, Campeche, Quintana Roo, Tabasco, Chiapas. Spotkało nas wiele dobrych chwil i miłych niespodzianek (np. w jednej z restauracji w Meridzie otrzymaliśmy od kelnera pamiątkę – figurkę jaguara), ale zdarzały się sytuacje gdzie byliśmy źli na tubylców, którzy widząc turystę węszyli pieniądz i łatwy zarobek i nas niejednokrotnie oszukiwali bądź wymuszali pieniądze.

Przyroda jest tam naprawdę cudowna, temperatura zadowala wszystkich miłośników upałów i skwaru, widoki zapierające dech w piersiach. Można i w sumie nie trzeba się zbytnio wysilać by zauważyć dwa zderzające się światy: bogactwa, przepychu jak i biedny, okropnej biedy.

Meksyk był dla mnie krajem, który bardzo chciałam odwiedzić i cieszę się, że w końcu miałam taką możliwość 🙂

Nasza podróż po Meksyku odbyła się od 20 kwietnia do 4 maja.