Australia – Sydney

Kończąca się przygoda w Nowej Zelandii, była początkiem nowej przygody w Australii, która przywitała nas bardzo rygorystycznie. Po raz pierwszy w życiu byliśmy tak dokładnie sprawdzani , nasz bagaż dokładnie analizowany przez celników i kilkukrotnie obwąchiwany przez psy na lotnisku. Australia ma naprawdę restrykcyjne przepisy dotyczące tego co można wieźć do kraju i specjalne procedury. Wnętrze samolotu na krótko przed lądowaniem jest dezynfekowane przez stewardessy specjalnymi sprayami w celu zabicia zarazków, które mogą przenosić się przez powietrze. Zaraz po tym jesteśmy informowani aby wszelkie jedzenie, WSZELKIE!, zgłosić celnikowi w celu uniknięcia problemów. Owoce, batony musli, wszelkie zboża, nawet kanapkę z szynką i serem. Do tego ciągłe pytania czy aby na naszym obuwiu nie ma błota. Wydaje się głupie? Otóż nie. Wszystko to ma na celu ochronę unikalnej fauny i flory Australii. Trzeba ten temat potraktować bardzo poważnie, ponieważ nawet jedno jabłko może wpędzić nas w spore tarapaty. No ale jak już wyjdziemy z lotniska..

Będąc w krainie kangurów i koali znaleźliśmy Roberta – Polaka przebywającego w Sydney, którego odszukaliśmy na couchsurfingu i zgodził się mieć nas u siebie przez tydzień. Robert okazał się być fajnym gościem (chyba wszyscy Roberci to fajne chłopaki 🙂 ), z którym miło spędzaliśmy czas! To on nas zabrał do knajpki, którą prowadzą wolontariusze. Zamawiasz jedzenie i picie, a pieniądze wrzucasz do skarbonki przy wyjściu – tyle ile wydaje Ci się, że powinieneś zapłacić. Jedzenie naprawdę dobre, a inicjatywna, o której wcześniej nie słyszeliśmy, wydaje się zdawać egzamin. Ciekawe jakby się sprawdziła u nas w Polsce 🙂 Robert – jeśli to czytasz – to raz jeszcze dziękujemy za gościnę i ponawiamy zaproszenie do Krakowa 🙂

Chcąc zobaczyć najważniejsze miejsca turystyczne w Sydney postanowiliśmy skorzystać z tzw. Free Tour. Są to darmowe (jak nazwa wskazuje) wycieczki po mieście z lokalnym przewodnikiem, którego powinniśmy na koniec nagrodzić odpowiednim napiwkiem (więc tak nie do końca darmowe 😉 ). Fajna opcja, ponieważ w trzy godziny takiej wycieczki można dowiedzieć się wielu ciekawostek, które nie koniecznie są podane w przewodniku. 

Będąc w Australii bardzo chcieliśmy zobaczyć… koalę i kangury! Chcieliśmy jednak móc je zobaczyć w jak najbardziej możliwym dla nich naturalnym środowisku, a więc zoo odpadało. Zdecydowaliśmy się na Featherdale Wildlife Park. Niesamowite miejsce z dziką przyrodą, gdzie spędziliśmy cały dzień głaskając kangury, obserwując śpiące koale, ale też mieliśmy okazję po raz pierwszy zobaczyć Diabła Tasmańskiego, psy Dingo, różne gatunki ptaków, węży i pająków (te ostatnie na szczęście za grubą szybą).

 

Kolejny dzień spędziliśmy w Blue Mountains. Góry zawdzięczają swoją nazwę porastającym ich stoki eukaliptusom. Ulatniające się olejki eteryczne które zawarte są w liściach tych drzew powodują, że kiedy góry oglądane są z odległości co najmniej kilkuset metrów to wyglądają jakby były przykryte lekką, niebieskawą mgłą, poświatą. Ten efekt występuje w wielu rejonach górskich Australii porośniętych eukaliptusami.

img_4168

W Sydney znajduje się też kilka pięknych plaż. Zrobiliśmy sobie 10 km spacer wybrzeżem aby móc znaleźć tą która spodobała się nam najbardziej – Bondi Beach.

Sydney odwiedziliśmy w grudniu i widzieliśmy jak ludzie przystrajają choinki na święta, a my chodziliśmy w ciuchach letnich, kiedy w Polsce o tej porze roku gruba kurtka to podstawa 🙂 Ogólnie miasto bardzo się nam podoba, bo jest bardzo nowoczesne i czyste. Co prawda byliśmy mocno ograniczeni czasowo, ale pod koniec pobytu wiedzieliśmy, że tydzień to mało 🙂 No więc – chcielibyśmy wrócić by poznać inne i mniej cywilizowane miejsca w Australii.

Reklamy

Rarotonga – na środku Pacyfiku

Rarotonga jest jedną z 15 Wysp Cooka na środku Oceanu Spokojnego. Wybraliśmy się tam na nasze wakacje. Ktoś może zapytać dlaczego akurat tam, mając tyle wysp do wyboru. No więc powodów było kilka 🙂 Jako że wyspa należy do Nowej Zelandii to walutą tam obowiązującą jest również dolar nowozelandzki. Problem wymiany walut i późniejszego przeliczania co ile kosztuje z głowy 🙂 Kolejnym powodem były tanie loty jakie udało się nam znaleźć, do tego chcieliśmy po prostu gdzieś pobyczyć się w ciepłym miejscu, a wielu nowozelandczyków bardzo zachwalało tą wyspę 🙂

Decyzja została podjęta, bilety kupione, a więc czas ruszać w drogę!

Nasz wylot był z Nelson – miasto położone półtora godziny drogi od miejsca gdzie mieszkaliśmy. Później niecałe półtora godziny lotu do Auckland, kilka godzin przesiadki i 10 października o godzinie 19 nasz samolot wzbił się w niebo ustawiając kurs na Rarotongę. Co ciekawe – przylecieliśmy kilka minut po północy tego samego dnia. Wyspa znajduje się za linią zmiany daty, więc byliśmy jeden dzień młodsi! (do czasu :)). Między Rarotongą a Nową Zelandią jest 23 godziny różnicy w czasie.

IMG_0260

Na lotnisku gdzie starszy pan przygrywał na ukulele lokalne pieśni, przywitano nas z uśmiechem oraz podarowano nam wieniec na szyje z świeżych i pachnących kwiatów.

IMG_0324

Szybki transfer do miejsca naszego noclegu. Pokój wynajęliśmy na airbnb w super lokalizacji – przy plaży. Naszymi gospodarzami była miła para: jego korzenie są na Tahiti, a jej w Niemczech. Wraz z nimi 5 zwierzaków: dwa psy i trzy koty. Naszym ulubieńcem został kot, który miał trzy łapki.

Każdy dzień zaczynaliśmy od celebrowania widoków z tarasu. Jedliśmy śniadanie w pierwszych promieniach słońca i wsłuchiwaliśmy się w szum fal.

IMG_0288

Ponieważ październik jest miesiącem kiedy wiosna dopiero się zaczyna, to pogoda temperaturą nas nie rozpieszczała (co oznacza, że żar nie lał się z nieba ale było ciepło  i mimo wszystko spiekliśmy się na raka, a skóra schodziła z nas płatami jeszcze dłuuugi czas), dwa razy pojawiły się opady deszczu. Pogoda na wyspie tropikalnej nigdy nie jest do przewidzenia i tego zaplanować się nie da. Tak czy siak, postanowiliśmy korzystać z uroków wyspy.

Jak najlepiej zwiedzać wyspę? Skuterem, a tutaj aby wypożyczyć skuter należy posiadać prawo jazdy Wysp Cooka. No więc udaliśmy się na najbliższy komisariat policji gdzie każdy turysta musi zapłacić 20 dolarów, zdać test teoretyczny i praktyczny, a potem może cieszyć się pamiątkowym prawem jazdy z Wysp Cooka (ważność tego dokumentu to 30 dni).

IMG_0615

Udaliśmy się także na rejs statkiem z Kapitanem Tama’s-em i jego załogą. Podczas rejsu mieliśmy czas na nurkowanie, pyszny lunch składający się z świeżej ryby z dodatkami oraz egzotycznych owoców. Załoga urządziła pokaz wspinania się na drzewo kokosowe oraz pokazała jak otworzyć i co można zrobić z kokosa.

Po raz pierwszy próbowaliśmy naszych sił na paddleboardingu – świetna zabawa. Połączenie serfowania z kajakiem, bo stoi się na desce z wiosłem 🙂

13545600

Udało nam się też zrobić szlak wiodący poprzez wyspę (Cross Island Track), co prawda odkładaliśmy go ze względu na pogodę, ale ostatniego dnia udało się i wyruszyliśmy do dżungli aby zdobyć górę Igła (The Needle).

Ciekawym doświadczeniem była nasza niedzielna wizyta w kościele. Mimo to, że wiedzieliśmy, iż jesteśmy w kościele katolickim, nie zauważyliśmy ani jednego znaku krzyża, a wystrój świątyni był bardzo skromny. Sama msza trwała równo godzinę, ale bardzo różniła się od tej polskiej. Ceremonia głównie odbywała się w języku maoryskim, jednak czasami pojawiał się także język angielski. Część ludzi była ubrana na biało i to oni zajmowali pierwsze ławy, zaś reszta ludzi była ubrana bardzo kolorowo. W długich sukniach kobiet i koszulach mężczyzn dominował motyw kwiatów, dodatkiem (chyba obowiązkowym) dla kobiet były kapelusze. Msza była bardzo głośna, było dużo śpiewów i to z podziałem na role: część śpiewały same kobiety, potem tylko mężczyźni, a potem wszyscy razem. Nikt nie przyjmował Komunii ani nikt nie klękał. Ksiądz był ubrany w czarny garnitur i koloratkę. Po uroczystościach zostaliśmy zaproszeni przez Księdza na herbatę, jednak początkowo nie chcieliśmy iść, bo czuliśmy się trochę skrępowani, jednak zaproszenie zostało powielone kilka razy przez kilka różnych osób, a na koniec zostaliśmy wręcz za ręce wciągnięci do małej sali, w której odbywała się prawdziwa uczta. Naszym oczom ukazała się totalna wyżerka: kanapeczki, mięso, szynki, owoce, kilka rodzajów ciast i ciasteczek, kawa, sok i herbata. Jak skończyliśmy jeść to ludzie podziękowali nam za przyjście i odwiedzenie ich, a także zaprosili ponownie na wyspę.

Wyspa ta jest niewielka, ma powierzchnię 67.1 km2 (dla porównania, Kraków jest 5 razy większy!) i zamieszkują ją przyjaźni mieszkańcy. Turystów w tym czasie nie było wielu, dzięki temu było spokojnie, a plaże nie były zatłoczone. Ponieważ jest to wyspa, to ceny jedzenia są wyższe niż te na lądzie. Oczywiście ma to sens, ale ceny trochę nas zaskoczyły, bo nie spodziewaliśmy się aż tak dużej różnicy. Knajpek, restauracji i barów jest wiele, a szczególnie w okolicy słynnej plaży Muri. To tą plaże najczęściej wybierają surferzy ze względu na silny wiatr w tej części wyspy. Cztery razy w tygodniu jest czynny Muri Night Market – czyli miejsce gdzie można zjeść coś dobrego i świeżego oraz oglądać pokazy tańca lokalnych mieszkańców.

IMG_2579

Na wyspie znajduje się wiele hoteli, resortów, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Jest to także popularne miejsce do zawierania ślubów ze względu na bajkową scenerię na plaży 🙂 Niemka u której mieszkaliśmy zajmuje się fotografią ślubną na wyspie i sama potwierdza, że ma ręce pełne roboty. Sami widzieliśmy w ciągu tygodnia dwa różne wesela i sesje zdjęciowe na plaży.

Dziwnym zwyczajem, który nas zaskoczył, jest stawianie nagrobków tuż przy domach. Widzieliśmy kilka mniejszych cmentarzy, ale wydaje się, że większość osób chowanych jest ogrodach.

IMG_2427

No i wiadomo – obecność psów obowiązkowa. Psy bezpańskie, które grzecznie i nienachalnie spacerują za turystami w nadziei, że zostaną poczęstowani czymś do jedzenia.

08070500

Nasz pobyt na wyspie wspominamy bardzo dobrze i z pewnością marzymy o kolejnej rajskiej wyspie…

IMG_E0289

Hello Nelson

Witajcie, opowiadań o życiu w Nowej Zelandii ciąg dalszy…

Jak pewnie pamiętacie – żyjemy w małej mieścinie o niemiecko brzmiącej nazwie Blenheim :p znajdującej się regionie Marlborough, które słynie na całym świecie z dobrego wina. Sprawdziliśmy – rzeczywiście jest smaczne, ale my koneserami wina nie jesteśmy i też nie wybrzydzamy … co słodkie i ma % bardzo nam smakuje 🙂 Jeśli chodzi o miejscówkę, to wszystko tutaj nam pasuje: praca – jest, fajne i ciepłe mieszkanie – jest, nasz ulubiony Pak’n save (odpowiednik polskiej Biedronki) – jest. Jeśli jednak chodzi o atrakcje i miejsce warte zobaczenia, to mamy trochę utrudniony dostęp ze względu na zamkniętą główną drogę prowadzącą na południe wyspy. Droga ta została zniszczona w wyniku trzęsienia ziemi w listopadzie 2016 roku i jest w trakcie przebudowy. Konsekwencją są liczne objazdy i naprawdę znaczne wydłużenie trasy. Nie pozostało nam nic innego jak zwiedzanie póki co okolicznych perełek. W miniony weekend przyszła pora na Nelson. Miasto położone na północym wybrzeżu południowej wyspy, oddalone od nas o 115 km, większe i przez backpakersów bardziej znane. Dlaczego? bo każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Znalazł i Robert. Zawsze marzyłem o lataniu. Często powtarzał mi się też sen o tym.. tylko, że na miotle 🙂 Może dlatego tak bardzo lubię podróżować, bo uczucie kiedy samolot odrywa się od ziemi jest niesamowite. Uzależnia to tak samo jak kofeina, albo kolejny tatuaż. Postanowiłem więc sprawdzić samemu jak to jest latać i udałem się na lotnisko w Nelson, gdzie wcześniej umówiłem się na 45 minutowy lot samolotem, którego będę pilotem 🙂 Po przybyciu na miejsce, przywitał mnie po imieniu uśmiechnięty instruktor David i od razu przeszliśmy do rzeczy. W hangarze było kilka samolotów, a mój był ten najmniejszy 🙂 Pusty waży około 300kg! Nawet maluch jest cięższy! Po chwili rozmów przy samolocie, nadszedł czas aby w końcu zasiąść na siedzeniu PILOTA. Masa przełączników, którymi mogłem się bawić i już czuje się jak w jakimś ogromnym pasażerskim samolocie. Ustawiamy się przy pasie startowym, zgłaszamy do wieży gotowość startu, pozwolenie uzyskane, zwiększam obroty silnika i resztę robi już aerodynamika. Po chwili odrywamy się od ziemi, chowam podwozie, odlatujemy kawałek i przejmuję resztę sterowania nad samolotem. Cóż za świetne uczucie! Czułem się jak ptak, który może lecieć gdzie tylko zechce. Samo latanie jest banalnie proste, tylko komunikacja z wieżą (którą na szczęście nie musiałem się martwić) jest trochę bardziej skomplikowana. Poruszając się samochodem, rowerem, łodzią czy jakimkolwiek innym środkiem transportu, poruszamy się po jakimś torze, powierzchni. Samolot jest nieograniczony. Można lecieć w każdą stronę jaką tylko się chce i to najbardziej mi się podobało. Robiliśmy korkociągi, nurkowaliśmy ostro w dół, lecieliśmy gwałtownie w górę, wykonywaliśmy ostre zakręty w prawo, lewo.. Czego dusza zapragnie! Na pewno nie zapomnę tego uczucia i mogę śmiało powiedzieć, że to wcale nie takie trudne 🙂

IMG_0022IMG_0024

Co warto zobaczyć będąc w Nelson?

Ogrody królowej (Queens Gardens) – wiosną i latem pełny kolorowych kwiatów i pięknych zapachów, różnego rodzaju drzew i krzewów. Niestety zimą możemy zdać się jedynie na naszą wyobraźnię, by dowiedzieć się jak musi być tam pięknie w pełni lata 🙂

Tahuna Beach – piaszczysta plaża na której latem ludzie opalają się i kąpią pod okiem ratowników, a w miesiącach zimowych spacerują ze swoimi czworonożnymi przyjacielami 🙂 Nieopodal znajdują się różne atrakcje dla dzieci: zjeżdżalnie, huśtawki, go-karty oraz małe bary i restauracje.

IMG_0040

Katedra Chrystusa Króla (Christ Church Cathedral) – piękna anglikańska katedra z 1851 roku. Warto udać się i zobaczyć ten charakterystyczny punkt w mieście i przy okazji posłuchać chóru. Dla najmłodszych uczestników mszy przygotowany jest specjalny kącik zabaw, dzięki któremu rodzice mogą brać udział w uroczystościach nie martwiąc się o marudzące dzieci. Może polskie kościoły powinny iść z duchem czasu i także pomyśleć o takim rozwiązaniu 🙂

20170630_101350

Centrum Nowej Zelandii (Centre of NZ) – popularny szlak pieszy, prowadzący na wzgórze z którego można podziwiać panoramę całego miasta. Polecamy!

IMG_2376

Nelson proponuje różnego rodzaje atrakcje, jednak większość z nich otwarta jest w sezonie wiosenno-letnim 🙂 Każdemu, kto chciałby spróbować raftingu, kajaków czy paralotni radzimy więc wybrać się w tam w cieplejszych porach roku.

Ceny noclegów wahają się od 25- 150 NZD za noc 🙂 wszystko oczywiście zależy jaki komu standard odpowiada 🙂 My zatrzymaliśmy się w The Bug Backpakers, który możemy polecić – miła atmosfera, czysto, a rano śniadanie, które zawarte jest w cenie noclegu: świeży chleb, słynne peanut butter i dżem, kawa i herbata do oporu 🙂 brzmi amerykańsko, a jesteśmy dalej w NZ.

To póki co byłoby na tyle.. Nie możemy doczekać się kolejnych mniejszych bądź większych wypadów… 🙂

Do usłyszenia 🙂

Co słychać w Nowej Zelandii

Witamy Was, po długim milczeniu 🙂 spowodowanym tym, że u nas ostatnio bardzo stabilnie i cicho, jednak zacznijmy od początku …

Jak wiecie przyjechaliśmy tutaj na wizie working holiday, a więc naszym planem jest najpierw praca a potem podróże. Szkoda tylko, że z pracą nie jest tutaj tak łatwo, ofert pracy mało, a chętnych by ją podjąć jest wielu backpakerów. Dlatego wszelkie ogłoszenia o jakiejkolwiek pracy znikają jak ciepłe bułeczki. Dodatkowo, jako polacy mamy nie fajne ograniczenie w związku z naszą wizą – nie możemy pracować dłużej niż trzy miesiące u jednego pracodawcy. Utrudnia to znalezienie pracy jeszcze bardziej, no bo komu by się chciało przyjmować pracownika, szkolić go a on by odszedł po trzech miesiącach?

Dlatego w Nowej Zelandii wśród podróżników popularne są prace na zbiorach (zbieranie owoców, m.in kiwi, winogron, jabłek, oraz prace porządkowe, t.j przycinanie drzewek), w fabryce, na budowie, oraz jako pomoc przy odbudowach dróg po trzęsieniach ziemi. Co ciekawe, pracodawca często wymaga, aby przed rozpoczęciem pracy wykonać test na obecność narkotyków i alkoholu w organizmie. Wydaje się, że mają dosyć ograniczone zaufanie do obcokrajowców poszukujących pracy tymczasowej, ale nie ma się co dziwić kiedy widzi się zachowania młodych (w naszych obserwacjach – entschuldigung szczególnie niemców), którzy przyjechali tutaj zaraz po liceum, nie mając pojęcia o pracy i o tym jak zarabia się pieniądze, bo zazwyczaj oni tylko je wydawali. Obserwując ich pijanych, zjaranych i czytając newsy w prasie o kolejnych kradzieżach w sklepach dokonanych przez backpakersów, robi się nam wstyd. Bo takie osoby niestety psują opinie innym ludziom, którzy tak się nie zachowują. Niemniej jednak kij ma dwa końce i też, my backpakerzy nie jesteśmy zawsze równo traktowani przez pracodawców. Nas osobiście póki co nic nieprzyjemnego nie spotkało, ale dużo znajomych narzeka, że pracodawca postrzega ich (backpakerów) jako tanią siłą roboczą i jeśli nie oni to bez problemu znajdzie się ktoś na ich miejsce.

No, dobrze ale co u nas?

Pracę próbowaliśmy znaleźć w pierwszym mieście, do którego przylecieliśmy – Christchurch, dosyć duże miasto, więc wydawało się, że daje wiele możliwości.. niestety pomyliliśmy się, gdyż po trzęsieniach ziemi wydaje się, że to miasto jeszcze nie „stanęło na nogi”. Skuszeni ofertami podjęcia szybkiej pracy w winiarniach udaliśmy się do małej miejscowości Blenheim na północy południowej wyspy. To miasteczko słynie z winnic i napoju bogów zwanego winem 🙂 Zatrzymaliśmy się w hostelu, który oferował deal „mieszkasz u nas, a my załatwiamy Ci pracę” (wydaje się, że w NZ jest pełno takich „dealów” :D), oczywiście okazała się to ściema.. a my nabieraliśmy się z tygodnia na tydzień, kiedy mówiono nam, że już mają dla nas pracę, tylko mamy być cierpliwi. Nam już cierpliwości brakowało, sami codziennie udawaliśmy się na poszukiwania pracy, wysyłaliśmy CV, dzwoniliśmy i pytaliśmy, ale zazwyczaj słyszeliśmy: „przykro nam, spóźniliście się”. Wrrrrr!!!! Koniec końców w winnicach przepracowaliśmy dwa dni. Znaleźliśmy sami nową pracę i wynajęliśmy pokój wyprowadzając się z hostelu. Co ciekawe za wynajęcie prywatnego pokoju płacimy mniej niż za pobyt w hostelu w sześcioosobowym dormie. Naszą nową pracą okazała się fabryka warzyw 🙂 My byliśmy odpowiedzialni za sprawdzanie jakości produktu, wyrzucenie tego co nie spełniało norm, oraz dbanie o nasze maszyny 😀 Ogólnie praca nie ciężka, ale czasami monotonna. Odkryliśmy także tajniki produkcji jedzenia i teraz już wiemy jaką drogę przechodzą warzywa, by w końcowym efekcie znaleźć się u nas na talerzu 🙂 Mamy też pewność, że dzięki naszej pracy nie zabraknie mrożonych warzyw w całej Nowej Zelandii 🙂

my w winnicy
My w winnicy

IMG-20170617-WA0000
A Robert woził się tak..

Naszymi współpracownikami byli głównie Koreańczycy, którzy stanowią sporą grupę wśród backpakerów w NZ. Ze wszystkich Azjatów to chyba ich lubimy najbardziej, mili, życzliwi i uśmiechnięci 🙂 jednak bardzo głośni.

received_612824558923591received_1172646236196176

Trzy miesiące spędzone w tej fabryce szybko nam minęły, więc czas na poszukiwania nowej pracy na kolejne trzy miesiące. Z pracą znowu jest krucho, mimo iż na internecie ogłoszeń jest mnóstwo, a my odświeżamy stronę niemalże co kilka minut to dzwoniąc często słyszymy, że już praca nieaktualna albo ktoś nie jest zainteresowany współpracą na trzy miesiące, lub też mamy kontaktować się jak dojedziemy na miejsce. Problem w tym, że my nie bardzo chcieliśmy opuszczać naszą bezpieczną miejscówkę, jechać w ciemno i ryzykować kolejne tygodnie bez pracy. Obliczyliśmy, iż w ciągu pierwszych trzech miesięcy w Nowej Zelandii, przeprowadzaliśmy się 5 razy!

Żeby nie było, że tylko o pracy to …

Mając wolne staramy się zwiedzać piękne miejsca w okolicy 🙂 A planów jeszcze więcej..

IMG_2280
Lunch time 🙂

IMG_2285
Lake Rotoroa

IMG_2346
Lake Rotoiti

 

Nowa Zelandia

Jesteśmy na końcu świata – możemy śmiało powiedzieć, że dalej wyjechać się już chyba nie da (no dobra, może i się da, ale nie mówimy tutaj o Kiribati albo innych wyspach). Różnica czasu pomiędzy Polską a Nową Zelandią to 12 godzin. Dużo. Rodzice śmieją się, że żyjemy szybciej, bo u nas dzień kończy się, a w Polsce ten sam się dopiero zaczyna. Początkowo trudno było się przyzwyczaić, zwłaszcza że słońce zachodzi tutaj późno, a potem jeszcze długo jest jasno. Ma to związek z tym, że Nowa Zelandia jest prawie dokładnie tak samo oddalona od bieguna południowego, co Polska od północnego. Co poza tym? Ruch jest lewostronny, z początku też trudno było się przyzwyczaić do jazdy po „złej” stronie ulicy i zamiast kierunkowskazów włączaliśmy wycieraczki 🙂 No ale po co tu przyjechaliśmy i w ogóle jak to się stało, że chodzimy teraz do góry nogami – jak przystało na drugiej stronie globu?

Historia podobna do tej z Kanady. Chcieliśmy wyjechać gdzieś, by zobaczyć inny kawałek świata, więc mając trochę doświadczenia z Kanady zaaplikowaliśmy znowu o Working Holiday Visa, tyle że tym razem padło na Nową Zelandię. Czemu tam? Bo wszyscy mówili, że jest tam pięknie i wiedzieliśmy także, że prawdopodobnie jeśli nie wyjedziemy tam pod pretekstem pracy, to chyba nie pojawimy się tam w ogóle.

Jak aplikowaliśmy o wizę?

Z pozoru sprawa jest prosta. Co roku jest 100 miejsc więc tylko 100 Polaków rocznie może otrzymać wizę. Wypełnić aplikacje w dniu jej otwarcia, zrobić badania (rtg klatki piersiowej) i gotowe! Ale to tylko pozory. Tą wizę można otrzymać tylko raz w życiu, więc lepiej być w 100% pewnym, że chce się to zrobić. Dodatkowo, do Kanady przez ostatnie kilka lat jest TYLKO 635 wiz rocznie i rozchodzą się w 10 do 20 minut… Wiedząc, że do Nowej Zelandii jest ponad 6 razy mniej miejsc (a zainteresowanie tym krajem jest coraz większe), nie nastawiło nas to zbyt optymistycznie. Po licznych rozmowach i rozważeniach „za” i „przeciw”postanowiliśmy aplikować w lutym 2016 roku.

Przez kilka dni szykowaliśmy się do momentu, w którym będzie można aplikować. Robiliśmy skany dokumentów, uczyliśmy się prawie na pamięć co gdzie zaznaczyć i co wpisać żeby nie tracić już na to tak cennego czasu. Oczywiście trzeba też za to zapłacić (nic nie jest za darmo) i przez nerwy mieliśmy z tym lekkie problemy, ale ostatecznie przeszło. Chwila niepewności i… UDAŁO SIĘ! Nasza wiza jest ważna rok od momentu wkroczenia na teren NZ.

JESTEŚMY!

Więc tak tu trafiliśmy. A co tu chcemy zrobić? Nasz plan to najpierw zarobić, a potem podróżować. Nowa Zelandia okazuje się być rzeczywiście piękna i jest tu wiele miejsc wartych zobaczenia – nie możemy doczekać się momentu, kiedy będziemy mogli zacząć zwiedzać 🙂 Jest marzec, czyli w Polsce powoli budzi się wiosna i będzie robić się coraz cieplej, a tutaj wręcz odwrotnie. Żegnamy lato i czekamy na jesień. 4 pory roku występują tutaj w zupełnie innych miesiącach niż do tego przywykliśmy: wiosna to wrzesień – listopad, lato: grudzień – luty, jesień: marzec – maj i zima: czerwiec – sierpień. Pewnie w lipcu będziemy bardzo Wam zazdrościć wysokich temperatur, słońca i opalenizny! 🙂 Jeśli mówimy o opaleniźnie.. ciekawostką jest, że słońce w NZ jest bardziej niebezpieczne niż gdziekolwiek na świecie. Wszystko dlatego, że jest tutaj cieńsza warstwa ozonowa i promienie UV łatwiej przedostają się na ziemie, dlatego każdy tutaj kładzie nacisk na odpowiednią ochronę przeciwsłoneczną.

Jesteśmy na wyspie południowej i poszukujemy pracy. Poznaliśmy mnóstwo młodych osób, które podróżują, a praca tutaj ich nie interesuje i dużo osób będących na takiej wizie jak nasza. Co musimy dodać to, że jest tu ogromna ilość osób z Niemiec (co jest wynikiem tego, że nie mają oni żadnych ograniczeń ilościowych co do wydawanych wiz i mogą aplikować kiedy tylko chcą) i  z Francji. Z tego miejsca też pozdrawiamy nasze szalone współlokatorki z Niemiec – Anne, Linde i Caroline 🙂 Prawdopodobnie przeglądając tego bloga nic z tego nie zrozumieją, ale co tam 😛 liczą się intencje więc schöne grüße! Chyba będziemy szkolić się w niemieckim i uczyć francuskiego hehe 🙂

17269588_10206461246808690_415786637_o

Kupiliśmy auto, takie które się nam zawsze podobało bo jest domem na kółkach 😀 nieeee, nie mamy na myśli tutaj kampera albo przyczepy – chociaż to byłoby coś 😀 ale musieliśmy myśleć o naszych finansach. Mazda MPV, odpowiednik europejskiej Mazdy 5, czyli minivan 🙂 Mamy łóżko z tyłu, więc problem spania rozwiązany i całą masę sprzętu kampingowego. Dzięki turystycznej kuchence mamy nadzieję nie umrzeć z głodu. Auto ułatwi nam podróżowanie i nie będzie nas nic ograniczało jeśli będziemy chcieli zmienić miejsce (transport tutaj jest bardzo drogi, a autostop w naszym przypadku nie bardzo wchodzi w grę).

17038453_10155810485387802_4780613189462343862_o16903260_10155810485357802_8163239541131429664_o

Co już widzieliśmy? Zniszczone trzęsieniem ziemi z 2011 roku Christchurch, które dalej nie potrafi się do końca odbudować. Pozamykane ulice w centrum miasta, remonty dróg, nowe budynki obok których stoją stare dalej nierozebrane budowle… Robi to trochę smutne wrażenie i zmusza do refleksji nad tym co natura potrafi zrobić z tym co człowiek tworzył przez wiele lat. Działa to też w drugą stronę – destruktywne działanie człowieka na naturę – ale to już inny temat.

20170219_142459

20170223_173357
Krzesła upamiętniają osoby, które zginęły w wyniku trzęsienia ziemi.

Po przeprowadzce do Blenheim (tak, dalej mowa o Nowej Zelandii), pojechaliśmy na mała przejażdżkę po okolicy. Queen Charlotte Drive to przepiękna droga wzdłuż wybrzeża i „fiordów” z krystalicznie czystą wodą.

IMG_1988IMG_1976IMG_1963IMG_1962IMG_1957IMG_1955

Jednego dnia z samego rana udaliśmy się na przechadzkę po okolicznych górach. Nie są to typowe góry jak w Polsce, bo mają „zaledwie” po kilkaset metrów, ale zaczynają się praktycznie od poziomu morza. Poszliśmy na górę Vernon (422 m n.p.m.) i w sumie zajęło nam to 5 godzin i przeszliśmy około 25 kilometrów.

IMG-20170313-WA0000IMG-20170313-WA0007IMG-20170313-WA0006IMG-20170313-WA0005IMG-20170313-WA0003IMG-20170313-WA0002

Odpoczywaliśmy też na okolicznych plażach.

IMG_1948IMG_1945IMG_199220170219_142953

To tyle z nowości u nas, będziemy na bieżąco pisać gdy wydarzy się coś, o czym warto napisać 🙂

O aresztowaniu

Czasami czyta się o tym jak kogoś aresztują w obcym kraju za prozaiczne rzeczy. Głośna niedawna sprawa studenta z USA skazanego w Korei Północnej za kradzież flagi z hotelowego pokoju skazanego na 15 lat ciężkich robot przyprawa o ciarki! Ale są też inne rzeczy. Na przykład, guma do żucia w Singapurze jest tylko na.. receptę! Nie można jej żuć, nie można też jeść w środkach transportu.. Dziwne, prawda? I tu zaczyna się moja historia..

Na podróż po Meksyku wypożyczyliśmy sobie samochód, bo tak wygodniej 🙂 Trochę to kosztowało, tym bardziej pozwolenie na wjazd do Gwatemali, ale będąc tam tylko raz (wtedy myślałem, że bardzo bym chciał wrócić, ale nie wiem czy mi się to uda) warto wydać troszkę więcej „grosza” i zobaczyć ile się da. Zaraz po Gwatemali jechaliśmy również do Belize. Jako że Belize jest anglojęzyczne, na granicy nie było problemów żeby się dogadać. Powiedziano nam, że musimy kupić ubezpieczenie samochodu, a sprzedaje to „koleś w białym namiocie”.. Podekscytowani, że udało nam się przejechać granice (tak, byliśmy pełni obaw czy nas wpuszczą, czy nie będziemy musieli płacić (za dużo) łapówki, itp..), przejechaliśmy strefę bezcłowa i.. o ubezpieczeniu zapomnieliśmy! No ale nic, stwierdziliśmy ze udamy głupków jak nas zatrzymają 🙂

Po przejechaniu kilku kilometrów i podziwianiu krajobrazów, zauważyłem ze samochody dziwnie zwalniają.. Kontrola! „No to pięknie” sobie myślę.. Obudziłem dziewczyny (bo oczywiście spały) i mówię, żeby zachowały spokój, coś się ogarnie. Tak więc zrobiły. Kolej na nas.. Oczywiście od razu rzuciła się w oczy nasza meksykańska tablica rejestracyjna przyjeżdzająca od strony Gwatemali, kazali nam wysiąść z samochodu i wszystko wyciągnąć.. Popatrzyli tylko na wszystko, nawet nie zaglądali głębiej.. Powiedzieli, że możemy jechać, więc spakowaliśmy wszystko szybko i jeszcze szybciej odjechaliśmy z ulga.. Kilka kilometrów dalej kolejna blokada, tym razem tylko sprawdzali papiery. Nigdy nie było problemów z naszym „ubezpieczeniem”. Tego dnia byliśmy zatrzymywani przynajmniej 5 razy, za każdym razem nie było problemów. Więc stwierdziliśmy, że darujemy sobie ubezpieczenie (tak właściwie, to nawet chyba o nim zapomnieliśmy, byliśmy zajęci wchłanianiem piękna przyrody, zachwyceni krajobrazami, słońcem i wodą ciepłą jak zupa).

DSCF1972

Po kilku dniach w Belize, przyszedł dzień się rozstać z rajem i wrócić do Meksyku. Tak, pisałem, że Meksyk też jest piękny, ale po prostu nie aż tak jak Belize. W drodze powrotnej przyzwyczajeni byliśmy już do kontroli. Ale ten dzień był inny. Nie tylko ze względu na to, że to było święto wyzwolenia Belize, ale w powietrzu było coś nie tak.. W pobliżu lotniska, wyjątkowo zapytano nas o ubezpieczenie. Pokazałem jakiś dokument który wyglądał jak ubezpieczenie. „To nie ubezpieczenie” padło. Osłupiałem. Próbowałem się jakoś wykręcić… Po kilku minutach rozmowy, ze strony policjanta padło „Ok, jedźcie. Ale nie radziłbym jechać dalej. Dalej na pewno się wam nie uda”. Czemu ja go nie posłuchałem?!?!?!

Po kilku minutach szlaban na drodze. Kontrola. Ale coś znowu jest innego.. Od razu kazali nam zjechać na bok, wyłączyć silnik i dać wszystkie dokumenty z samochodu.. Co mieliśmy zrobić? Uciec? Wszyscy czekaliśmy w aucie, ale coś to długo zajmowało. Poszedłem sprawdzić do środka co się dzieje i od razu słyszę, że „jeszcze dzisiaj może pójdę do więzienia na kilka dni, później sąd i grzywna przynajmniej 800$”. Sam nie potrafię wyobrazić sobie swojej miny.. Osłupiony pytam o powód. W odpowiedzi dostaje pytanie o moja znajomość prawa Belize. Trochę dziwne pytanie, prawda? Ale w głowie już mi się układało o co tutaj chodzi.. Mając nadzieję, że płacz zmiękczy panów policjantów, poszedłem po dziewczyny i mówię im, że prawdopodobnie pojadą same bo ja idę do więzienia za brak ubezpieczenia. Ola koncertowo zaczęła płakać, Dominika – wybuchła gorzkim śmiechem. Ciekawy widok.. W końcu kazali im sobie iść i się ogarnąć. Wiedziałem, że nie ma z tego innej drogi wyjścia. Zadałem pytanie „ile?”.. „Ile uważasz. Wiesz, albo 800$ grzywny i wiezienie..” Ehh.. Wróciłem do samochodu i wziąłem 100$. Nigdy nie dawałem nikomu łapówki, nie wiem jak to się robi i ile trzeba dać! Przyszedłem z pieniędzmi w ręce i jak marny aktor oparłem się bez słowa o biurko, po czym szybko podniosłem. Oczywiste było po co to zrobiłem.. Dostałem dokumenty do ręki i mogłem wyjść jako wolny człowiek.

Wchodząc do samochodu, dziewczyny słusznie zauważyły, że tam dalej może być więcej takich.. Musieliśmy zawrócić i ogarnąć ubezpieczenie. Ale gdzie skoro wszystko pozamykane?! Lotnisko! Wcześniej mijaliśmy lotnisko i to chyba była nasza najlepsza szansa. Więc przyjechaliśmy na lotnisko i chodziliśmy po każdej wypożyczalni samochodów z nadzieją, że któraś będzie mogła sprzedać nam ubezpieczenie. Niestety.. W końcu w ostatniej wypożyczalni kobieta zainteresowała się nami i zapytała dlaczego potrzebujemy ubezpieczenia samochodu. Wcześniej uzgodniliśmy, że nie będziemy nikomu nic mówili i robili z siebie głupków. Ale nie wytrzymaliśmy, bo nie było już żadnego innego wyboru jak zostać w hotelu na lotnisku.. Zrezygnowani opowiadamy naszą historię tej kobiecie. Okazało się, że nie mieli najmniejszego prawa robić takich rzeczy. Brak ważnego ubezpieczenia oczywiście jest karalny, ale tylko i wyłącznie 50$ mandatem. 50$! Żadnego więzienia, sądu, 800$.. 50$.. Dowiedzieliśmy się też, że na pobliskiej stacji benzynowej jest ubezpieczalnia, ale otwarta dopiero dnia następnego. Jeszcze bardziej źli i przybici mówimy, że jedziemy teraz do hotelu i po prostu będziemy tam siedzieć i czekać do jutra.

Hotel był zaraz na lotnisku, nie było problemu go znaleźć. Był on zdecydowanie za drogi, ale nie było innych możliwości, musieliśmy przeczekać gdzieś jeden dzień. Wypisałem wszystkie dokumenty do zakwaterowania. Dając recepcjoniście do ręki kartę kredytową, zadzwonił hotelowy telefon. Odłożył kartę i obrócony tyłem do nas odebrał telefon. Nagle.. Recepcjonista osłupiały patrzy na nas i mówi, że to do nas! I teraz każdy już jest osłupiały i nie wie co się dzieje. Pytam pana z recepcji kto to, bo dziewczyny zaczęły już snuć teorie ze to tamci policjanci nas znaleźli i chcą więcej pieniędzy 😀 Okazało się że to ta kobieta z lotniska, mówi ze jest w stanie nam załatwić ubezpieczenie! Powiedziałem, że będziemy tam za 3 minuty, odłożyłem telefon (albo nim rzuciłem?), z za lady wziąłem szybko swoją kartę, potargałem dokumenty o zakwaterowaniu i w pośpiechu wybiegliśmy z hotelu.

Po dotaciu na lotnisko, okazało się, że siostra pana z budki obok kobiety której wylaliśmy nasze gorzkie żale pracuje w ubezpieczalni i może nam załatwić potrzebne dokumenty w godzinę! Po raz drugi tego dnia nie potrafię sobie wyobrazić swojej miny.. Jego siostra specjalnie poszła do placówki, otworzyła ją, zrobiła dokumenty, wysłała faxem, a oryginał zostawiła na stacji benzynowej w kopercie na naszej drodze do Meksyku! Wiara w ludzkość przywrócona!

Oczywiście musieliśmy ponownie przejechać przez punkt w którym zostaliśmy zatrzymani i dyskutowaliśmy co zrobić jak będziemy tam przejeżdżać. Było kilka pomysłów, ostatecznie jednak stwierdziliśmy, że lepiej nic nie robić, bo oni znają prawo – my nie. Im bliżej do tego miejsca, tym szybciej biło mi serce. Mieliśmy tylko kopię dokumentu, co jak się do tego przyczepią, a do miejsca w którym czeka oryginał jeszcze z 80 km? Ostatecznie okazało się, że ich już tam nie było. No tak, dniówka zarobiona, można iść ją wykorzystać.. Po tym nie było ani jednej kontroli, ale skąd mogliśmy to wiedzieć? Odebraliśmy oryginał dokumentu i wróciliśmy do Meksyku.

Stracić wiarę w ludzkość i odzyskać ją tego samego dnia – bezcenne.

Chwila w której dowiadujesz się, że idziesz do więzienia – bezcenne.

Za wszystkie inne zapłacisz karta kredytowa. Kupujcie ubezpieczenia!

R.

Mała wycieczka

1 kwietnia – Prima Aprilis: pogoda w Kanadzie robi sobie żarty. Nie ma śniegu na ulicach! Za to piękne słońce i 15 stopni na PLUSIE!! (Kanado, co jest z Tobą? Gdzie te coroczne mrozy i śnieg, którym straszył nas pan z wypożyczalni samochodów?!??).

Co zrobić z tak pięknie zapowiadającym się dniem? Byłoby grzechem zostać w domu, więc wybraliśmy się na wycieczkę. Naszym celem był Tunnel Mountain. Góra, choć nie bardzo wysoka, bo „zaledwie” 1692 m (Banff jest położone dosyć wysoko więc zostało nam tylko 300 m różnicy poziomów do pokonania) pozwala na podziwianie z jej szczytu całego, pięknego miasta Banff. Cała wyprawa w promieniach słońca była naprawdę miłą wędrówką i okazją do odpoczęcia od codziennej pracy. W tej wędrówce towarzyszył nam nasz kolega Adam 🙂 Przy okazji złapaliśmy trochę promieni słonecznych i lekko się opaliliśmy 🙂

 

K&R

Nasze miasto – Banff

20160308_083227

Kilka słów o Banff – urocze miasto w zachodniej Kanadzie, w prowincji Alberta,
na terenie Parku Narodowego Banff (ciekawostką jest, że historycznie był to pierwszy Park Narodowy w Kanadzie a 3 na świecie- po Yellowstone i Royal NP w Australii). Miasto jest otoczone przez góry Skaliste. Idąc do pracy widzimy szczyty gór Rundle (2948 m n.p.m.), oraz Cascade (2998 m n.p.m.), które są naszymi celami do zdobycia w lato 🙂 Teraz na to się nie porywamy gdyż nie mamy odpowiedniego, profesjonalnego sprzętu do wspinaczki.

DSCF5958

Jezioro Minnewanka

Zaletą mieszkania w Parku Narodowym jest możliwość prawdziwego i bliskiego obcowania z jego mieszkańcami. Jelenie, łosie i wiewiórki to nasi sąsiedzi! Widzimy ich codziennie i wszędzie. Nawet za naszym płotem.. niejednokrotnie są na wyciągniecie naszej ręki. Nie boją się ludzi, bo nikt tutaj ich nie chce skrzywdzić. Należy pamiętać, że to tak naprawdę my jesteśmy gośćmi i znajdujemy się na ich terytorium, a nie odwrotnie. Dlatego należy podziwiać je z odległości, nie płoszyć  i nie przeszkadzać kiedy jedzą. Są naprawdę słodkie. Mamy tu jeszcze niedźwiedzie, które powoli budzą się z zimowego snu.. chociaż nie spotkamy ich w środku miasta, to pracownicy parku obserwują, gdy pojawia się niedźwiedź na danym szlaku i dają to do informacji publicznej, aby turyści uważali i dbali o swoje bezpieczeństwo (gaz pieprzowy na niedźwiedzie można dostać tutaj w każdym sklepie i rozchodzą się jak świeże bułeczki). Taki widok naszych sąsiadów jaki przedstawiamy Wam na zdjęciach poniżej – nigdy się nie nudzi ! Niejednokrotnie postanowiliśmy nie wyciągać telefonów czy aparatu tylko po prostu je obserwować…

Nasze życie w Banff 

Praca, praca i … praca ? 🙂

Oboje pracujemy na pełen etat w hotelu, który daje nam tanie (jak na Banff) zakwaterowanie. Mieszkanie współdzielimy z czeską parą w naszym wieku. Oboje lubimy nasz kącik i choć w głowie mieliśmy myśli by przeprowadzić się i szukać pracy gdzie indziej, to jednak możliwość mieszkania w tym domu przeważyło nad innymi propozycjami. Oprócz pracy w hotelu mamy inne prace na pół etatu – Karolina w sklepie z pamiątkami – gdzie dzięki Rebecce (manager) panuje fajna atmosfera i do pracy przychodzi się z uśmiechem na twarzy. Robert zaś pracuje w restauracji gdzie serwowane są najlepsze steki w mieście (mniam..)  Życie w Banff toczy się szybko i kręci się wokół turystów, bo to dzięki nim miasto non stop tętni życiem.

DSCF5923.JPG

Bow Falls

Pierwsze wakacje w roku

 

Vancouver

DSCF5710

Nie ma to jak zacząć dobrze nowy rok! Pierwsze wakacje w 2016 roku rozpoczęły się już 9 stycznia. Jako że biznes hotelarski miał swój szczyt w okresie świąteczno-noworocznym, przetrwaliśmy najgorsze oblężenie i w chwili kiedy nie było „busy” skorzystaliśmy i wyjechaliśmy :D. Wraz z Adamem i Michałem, którzy dzielili nasz los w Kananaskis postanowiliśmy pojechać do oddalonego od nas o 890 km Vancouver.  Pojechać a nie polecieć.. Zastanawiacie się, czemu? Po 1: Loty na krótką chwilę przed datą wylotu były drogie a po za tym.. Robert- nasz kierowca, był bardzo podekscytowany myślą, że będzie prowadził krętą, górzystą drogą, jaka prowadzi do naszego docelowego miasta. Cała podróż z postojami trwała ok. 11 godzin. Należy dodać, że warunki na drodze były trudne – ślisko, dużo świeżego śniegu i kilka samochodów w rowach.

Do naszego hotelu, którym był Residence Inn w samym centrum miasta (jako pracownicy Delty – która należy do sieci Marriott mieliśmy zniżki na pokoje hotelowe i całość naszego pobytu w hotelu wyszła nas naprawdę tanio :D) dotarliśmy w wieczór. Szybkie rozpoznanie po hotelu, pokoju z widokiem na downtown i wybraliśmy się na wycieczkę do.. Walmartu ❤ tak! Zrobiliśmy zapasy żywieniowe & % i wróciliśmy do hotelu. Jako, że byliśmy zmęczeni drogą każdy zasnął bardzo szybko.

Następny dzień okazał się bardzo pochmurny i deszczowy, dlatego po hotelowym śniadaniu (pyszne gofry – tęsknie za wami) padła decyzja o małym shoppingu ;). Udaliśmy się do centrum gdzie każdy stracił się na kilka godzin by potem wrócić z torbami zakupów :). Każdy zadowolony i głodny :D. Dowiedzieliśmy się, że w Vancouver są dwa polskie sklepy.. Odnaleźliśmy je na mapach Google, przyjechaliśmy, weszliśmy iiiii naprawdę żałuję, że nie zrobiłam zdjęć twarzy chłopaków, kiedy to patrzyli na polskie kiełbasy, mięsko. Ja w Kanadzie byłam świeżakiem, oni zaś byli tam o wiele dłużej niż ja i byli bardzo stęsknieni za jak to nazywają: „polską paszą”. Nic więc dziwnego, że zakupione zostało 2 kg kiełbasy toruńskiej, wędliny, polskie słodycze i polski dobry chleb (za którym ja bardzo tęsknie gdyż tutejszy chleb jest bardzo dmuchany 😦 i sztuczny). Na kolację nie trzeba chyba pisać, co było.. Oczywiście kiełbasa 🙂 Każdy jadł ze smakiem.

Kolejny dzień, był bardzo oczekiwany przez Roberta, Michała i Adama, ponieważ wybraliśmy się do Whistler. Chłopacy wykupili sobie tam skoki na bungee. Dla każdego z nich był to pierwszy raz i każdy czuł podniecenie zmieszane ze strachem, bo przecież nie codziennie skacze się z mostu z wysokości 60 metrów. Ja postanowiłam nie skakać, ponieważ ja swój pierwszy skok z bungee miałam za sobą i nie byłam na tyle zafascynowana by skakać drugi raz. Jednakże chłopaków bardzo dopingowałam i pilnowałam by żaden się nie wycofał. Cała trójka wykazała się odwagą (nasi rodzice powiedzą, że bardziej wykazali się głupotą) i skoczyli. Było mnóstwo frajdy, adrenaliny i śmiechu!

Po tak energicznie rozpoczętym dniu udaliśmy się na spotkanie z Mariolą i Olą – koleżankami Roberta i Michała. Pracują one w Whistler i opowiadały nam jak one korzystają z Working Holiday Visa. Oprowadziły nas także po słynnej wiosce olimpijskiej – Whistler Olympic Village & Whistler Olympic Park, gdzie była rozgrywana część konkurencji podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 2010 roku. Wieczorem wróciliśmy do hotelu w Vancouver.

DSCF5851

Dzień następny postanowiliśmy spędzić zwiedzając miasto, które okazało się naprawdę piękne. Robert okrzyknął go mianem najpiękniejszego miasta, jakie kiedykolwiek widział! (a muszę przyznać, że listę zwiedzonych miast to ona ma sporą). Ponoć nawet San Francisco nie zrobiło na nim takiego wrażenia.

Mnie najbardziej spodobał się Stanley Park – widziany za dnia jak i w nocy robi piorunujące wrażenie.

DSCF5754

Dwa ostatnie dni spędzone na oglądaniu miasta były naszymi ostatnimi spędzonymi w Vancouver. Potem musieliśmy przestawić z powrotem nasze zegarki o godzinę (różnica czasu między prowincją Alberta – gdzie mieszkaliśmy i British Columbia, która była naszym miejscem wczasowym), wrócić do Kananaskis i do rzeczywistości.

DSCF5771

K.

Początki

Pytam Roberta skąd mu się wziął pomysł wyjechania do Kanady. A on odpowiada: Chciałem zobaczyć jak wygląda drugie pod względem wielkości państwo na świecie (zaraz po Rosji), które ma populacją wielkości Polski. Poza tym słyszałem, że żyje się tam o wiele lepiej niż w USA (Robert w ramach programu Work & Travel był w USA trzy razy! Szczęściarz zwiedził już całe Zachodnie wybrzeże, Meksyk, Portoryko, Belize, Gwatemalę).  I tak oto przekonał mnie bym pojechała z Nim 🙂

Jak to wszystko wyglądało przed?

Aby wyjechać do Kanady i pracować tam legalnie należy ubiegać się o Working Holiday Visa, która jest wydawana dla polaków na okres jednego roku i można ją zdobyć w momencie otwarcia inicjatywy wizowej. Jeden jedyny dzień w roku, kiedy można ubiegać się o wizę wyznacza rząd kanadyjski i podaje ją do informacji publicznej na 2-3 dni przed. Liczba miejsc jest ograniczona. W 2015 roku było 635 wiz i rozeszły się bardzo szybko… bo w 20 minut! W tym roku przepisy się zmieniły i Working Holiday Visa uzyskuje się w loterii wizowej.

Skorzystaliśmy z pomocy programu „Canago”, który zajmuje się rekrutowaniem ludzi do pracy za granicą. Najważniejszym warunkiem, który trzeba spełnić, aby móc z niego skorzystać to próg wiekowy 18-35. Z pomocy programu wcześniej korzystały koleżanki Roberta, więc wiedzieliśmy, że firma jest sprawdzona. Udział w programie był oczywiście płatny,lecz w zamian otrzymaliśmy pomocne informacje i wskazówki, dzięki którym mogliśmy przygotować się do „godziny 0” – którą było otwarcie inicjatywy. Kto pierwszy ten lepszy wiec wypełniając dokumenty należało spieszyć się i być bardzo uważnym, aby nie popełnić błędu przy wypełnianiu. Dostaliśmy również 3-miesięczne ubezpieczenie zdrowotne w Kanadzie (po tym okresie należało je sobie samodzielnie i na własny koszt przedłużyć). Kiedy inicjatywa została otwarta uzupełniliśmy online dokumenty, podaliśmy nasze oraz najbliższej rodziny dane personalne, adresy zameldowania, historię naszej edukacji, daty planowanego wyjazdu, itp., itd.. Okazało się, że udało nam się to zrobić w odpowiednio krótkim czasie i zakwalifikowaliśmy się do dalszych etapów, które polegały na kompletowaniu dokumentów: zaświadczenie o niekaralności (z tłumaczeniem przysięgłym w języku angielskim), skany paszportu, dowodu oraz świadectw szkolnych. Załączyliśmy również CV w języku angielskim. Kiedy wszystkie warunki zostały spełnione w lipcu 2015 będąc już w USA otrzymaliśmy upragnioną wizę!! 😀 (cały proces trwał ok. 2 miesięcy, gdyż otwarcie inicjatywy było w pierwszych dniach maja).

Potem nastąpił długi czas wysyłania CV, poszukiwanie pracodawcy i rozmowy kwalifikacyjne na Skypie ( Robert z swoim przyszłym pracodawcą rozmawiał na Skypie korzystając z free wifi w McDonald’s, co oczywiście nie uszło uwadze managera, który potem cały czas wypominał to ze śmiechem Robertowi).

Robert granicę USA-Kanada przekroczył 16 września 2015 roku a ja dokładnie 73 dni po nim. Musiałam wrócić do Polski by obronić pracę i móc być oficjalnie nazywaną – panią magister 😀 hehe. No i oczywiście stęskniłam się za swoją Rodzinką, chciałam z Nimi pobyć, nacieszyć się bliskimi zanim wyjadę taaaaak daleko.

Naszym pierwszym miejscem pracy był Hotel Delta Lodge at Kananaskis w Kananaskis 😀 (jak sama nazwa wskazuje;)). Wieś Kananaskis – bo inaczej tego nazwać się nie da (nie ma tam nic prócz hotelu i stoku narciarskiego )- jest bardzo piękna. Wszystko otaczają góry! Piękne góry! Jednak tamtejsza nuda, brak godzin w pracy i w końcu chęć zobaczenia czegoś więcej spowodowało naszą przeprowadzkę do Banff.

12642752_919575384806496_6256710881049821097_n

Mount Kidd, Kananaskis Valley

K.