Australia – Sydney

Kończąca się przygoda w Nowej Zelandii, była początkiem nowej przygody w Australii, która przywitała nas bardzo rygorystycznie. Po raz pierwszy w życiu byliśmy tak dokładnie sprawdzani , nasz bagaż dokładnie analizowany przez celników i kilkukrotnie obwąchiwany przez psy na lotnisku. Australia ma naprawdę restrykcyjne przepisy dotyczące tego co można wieźć do kraju i specjalne procedury. Wnętrze samolotu na krótko przed lądowaniem jest dezynfekowane przez stewardessy specjalnymi sprayami w celu zabicia zarazków, które mogą przenosić się przez powietrze. Zaraz po tym jesteśmy informowani aby wszelkie jedzenie, WSZELKIE!, zgłosić celnikowi w celu uniknięcia problemów. Owoce, batony musli, wszelkie zboża, nawet kanapkę z szynką i serem. Do tego ciągłe pytania czy aby na naszym obuwiu nie ma błota. Wydaje się głupie? Otóż nie. Wszystko to ma na celu ochronę unikalnej fauny i flory Australii. Trzeba ten temat potraktować bardzo poważnie, ponieważ nawet jedno jabłko może wpędzić nas w spore tarapaty. No ale jak już wyjdziemy z lotniska..

Będąc w krainie kangurów i koali znaleźliśmy Roberta – Polaka przebywającego w Sydney, którego odszukaliśmy na couchsurfingu i zgodził się mieć nas u siebie przez tydzień. Robert okazał się być fajnym gościem (chyba wszyscy Roberci to fajne chłopaki 🙂 ), z którym miło spędzaliśmy czas! To on nas zabrał do knajpki, którą prowadzą wolontariusze. Zamawiasz jedzenie i picie, a pieniądze wrzucasz do skarbonki przy wyjściu – tyle ile wydaje Ci się, że powinieneś zapłacić. Jedzenie naprawdę dobre, a inicjatywna, o której wcześniej nie słyszeliśmy, wydaje się zdawać egzamin. Ciekawe jakby się sprawdziła u nas w Polsce 🙂 Robert – jeśli to czytasz – to raz jeszcze dziękujemy za gościnę i ponawiamy zaproszenie do Krakowa 🙂

Chcąc zobaczyć najważniejsze miejsca turystyczne w Sydney postanowiliśmy skorzystać z tzw. Free Tour. Są to darmowe (jak nazwa wskazuje) wycieczki po mieście z lokalnym przewodnikiem, którego powinniśmy na koniec nagrodzić odpowiednim napiwkiem (więc tak nie do końca darmowe 😉 ). Fajna opcja, ponieważ w trzy godziny takiej wycieczki można dowiedzieć się wielu ciekawostek, które nie koniecznie są podane w przewodniku. 

Będąc w Australii bardzo chcieliśmy zobaczyć… koalę i kangury! Chcieliśmy jednak móc je zobaczyć w jak najbardziej możliwym dla nich naturalnym środowisku, a więc zoo odpadało. Zdecydowaliśmy się na Featherdale Wildlife Park. Niesamowite miejsce z dziką przyrodą, gdzie spędziliśmy cały dzień głaskając kangury, obserwując śpiące koale, ale też mieliśmy okazję po raz pierwszy zobaczyć Diabła Tasmańskiego, psy Dingo, różne gatunki ptaków, węży i pająków (te ostatnie na szczęście za grubą szybą).

 

Kolejny dzień spędziliśmy w Blue Mountains. Góry zawdzięczają swoją nazwę porastającym ich stoki eukaliptusom. Ulatniające się olejki eteryczne które zawarte są w liściach tych drzew powodują, że kiedy góry oglądane są z odległości co najmniej kilkuset metrów to wyglądają jakby były przykryte lekką, niebieskawą mgłą, poświatą. Ten efekt występuje w wielu rejonach górskich Australii porośniętych eukaliptusami.

img_4168

W Sydney znajduje się też kilka pięknych plaż. Zrobiliśmy sobie 10 km spacer wybrzeżem aby móc znaleźć tą która spodobała się nam najbardziej – Bondi Beach.

Sydney odwiedziliśmy w grudniu i widzieliśmy jak ludzie przystrajają choinki na święta, a my chodziliśmy w ciuchach letnich, kiedy w Polsce o tej porze roku gruba kurtka to podstawa 🙂 Ogólnie miasto bardzo się nam podoba, bo jest bardzo nowoczesne i czyste. Co prawda byliśmy mocno ograniczeni czasowo, ale pod koniec pobytu wiedzieliśmy, że tydzień to mało 🙂 No więc – chcielibyśmy wrócić by poznać inne i mniej cywilizowane miejsca w Australii.

Reklamy