Nowa Zelandia

Jesteśmy na końcu świata – możemy śmiało powiedzieć, że dalej wyjechać się już chyba nie da (no dobra, może i się da, ale nie mówimy tutaj o Kiribati albo innych wyspach). Różnica czasu pomiędzy Polską a Nową Zelandią to 12 godzin. Dużo. Rodzice śmieją się, że żyjemy szybciej, bo u nas dzień kończy się, a w Polsce ten sam się dopiero zaczyna. Początkowo trudno było się przyzwyczaić, zwłaszcza że słońce zachodzi tutaj późno, a potem jeszcze długo jest jasno. Ma to związek z tym, że Nowa Zelandia jest prawie dokładnie tak samo oddalona od bieguna południowego, co Polska od północnego. Co poza tym? Ruch jest lewostronny, z początku też trudno było się przyzwyczaić do jazdy po „złej” stronie ulicy i zamiast kierunkowskazów włączaliśmy wycieraczki 🙂 No ale po co tu przyjechaliśmy i w ogóle jak to się stało, że chodzimy teraz do góry nogami – jak przystało na drugiej stronie globu?

Historia podobna do tej z Kanady. Chcieliśmy wyjechać gdzieś, by zobaczyć inny kawałek świata, więc mając trochę doświadczenia z Kanady zaaplikowaliśmy znowu o Working Holiday Visa, tyle że tym razem padło na Nową Zelandię. Czemu tam? Bo wszyscy mówili, że jest tam pięknie i wiedzieliśmy także, że prawdopodobnie jeśli nie wyjedziemy tam pod pretekstem pracy, to chyba nie pojawimy się tam w ogóle.

Jak aplikowaliśmy o wizę?

Z pozoru sprawa jest prosta. Co roku jest 100 miejsc więc tylko 100 Polaków rocznie może otrzymać wizę. Wypełnić aplikacje w dniu jej otwarcia, zrobić badania (rtg klatki piersiowej) i gotowe! Ale to tylko pozory. Tą wizę można otrzymać tylko raz w życiu, więc lepiej być w 100% pewnym, że chce się to zrobić. Dodatkowo, do Kanady przez ostatnie kilka lat jest TYLKO 635 wiz rocznie i rozchodzą się w 10 do 20 minut… Wiedząc, że do Nowej Zelandii jest ponad 6 razy mniej miejsc (a zainteresowanie tym krajem jest coraz większe), nie nastawiło nas to zbyt optymistycznie. Po licznych rozmowach i rozważeniach „za” i „przeciw”postanowiliśmy aplikować w lutym 2016 roku.

Przez kilka dni szykowaliśmy się do momentu, w którym będzie można aplikować. Robiliśmy skany dokumentów, uczyliśmy się prawie na pamięć co gdzie zaznaczyć i co wpisać żeby nie tracić już na to tak cennego czasu. Oczywiście trzeba też za to zapłacić (nic nie jest za darmo) i przez nerwy mieliśmy z tym lekkie problemy, ale ostatecznie przeszło. Chwila niepewności i… UDAŁO SIĘ! Nasza wiza jest ważna rok od momentu wkroczenia na teren NZ.

JESTEŚMY!

Więc tak tu trafiliśmy. A co tu chcemy zrobić? Nasz plan to najpierw zarobić, a potem podróżować. Nowa Zelandia okazuje się być rzeczywiście piękna i jest tu wiele miejsc wartych zobaczenia – nie możemy doczekać się momentu, kiedy będziemy mogli zacząć zwiedzać 🙂 Jest marzec, czyli w Polsce powoli budzi się wiosna i będzie robić się coraz cieplej, a tutaj wręcz odwrotnie. Żegnamy lato i czekamy na jesień. 4 pory roku występują tutaj w zupełnie innych miesiącach niż do tego przywykliśmy: wiosna to wrzesień – listopad, lato: grudzień – luty, jesień: marzec – maj i zima: czerwiec – sierpień. Pewnie w lipcu będziemy bardzo Wam zazdrościć wysokich temperatur, słońca i opalenizny! 🙂 Jeśli mówimy o opaleniźnie.. ciekawostką jest, że słońce w NZ jest bardziej niebezpieczne niż gdziekolwiek na świecie. Wszystko dlatego, że jest tutaj cieńsza warstwa ozonowa i promienie UV łatwiej przedostają się na ziemie, dlatego każdy tutaj kładzie nacisk na odpowiednią ochronę przeciwsłoneczną.

Jesteśmy na wyspie południowej i poszukujemy pracy. Poznaliśmy mnóstwo młodych osób, które podróżują, a praca tutaj ich nie interesuje i dużo osób będących na takiej wizie jak nasza. Co musimy dodać to, że jest tu ogromna ilość osób z Niemiec (co jest wynikiem tego, że nie mają oni żadnych ograniczeń ilościowych co do wydawanych wiz i mogą aplikować kiedy tylko chcą) i  z Francji. Z tego miejsca też pozdrawiamy nasze szalone współlokatorki z Niemiec – Anne, Linde i Caroline 🙂 Prawdopodobnie przeglądając tego bloga nic z tego nie zrozumieją, ale co tam 😛 liczą się intencje więc schöne grüße! Chyba będziemy szkolić się w niemieckim i uczyć francuskiego hehe 🙂

17269588_10206461246808690_415786637_o

Kupiliśmy auto, takie które się nam zawsze podobało bo jest domem na kółkach 😀 nieeee, nie mamy na myśli tutaj kampera albo przyczepy – chociaż to byłoby coś 😀 ale musieliśmy myśleć o naszych finansach. Mazda MPV, odpowiednik europejskiej Mazdy 5, czyli minivan 🙂 Mamy łóżko z tyłu, więc problem spania rozwiązany i całą masę sprzętu kampingowego. Dzięki turystycznej kuchence mamy nadzieję nie umrzeć z głodu. Auto ułatwi nam podróżowanie i nie będzie nas nic ograniczało jeśli będziemy chcieli zmienić miejsce (transport tutaj jest bardzo drogi, a autostop w naszym przypadku nie bardzo wchodzi w grę).

17038453_10155810485387802_4780613189462343862_o16903260_10155810485357802_8163239541131429664_o

Co już widzieliśmy? Zniszczone trzęsieniem ziemi z 2011 roku Christchurch, które dalej nie potrafi się do końca odbudować. Pozamykane ulice w centrum miasta, remonty dróg, nowe budynki obok których stoją stare dalej nierozebrane budowle… Robi to trochę smutne wrażenie i zmusza do refleksji nad tym co natura potrafi zrobić z tym co człowiek tworzył przez wiele lat. Działa to też w drugą stronę – destruktywne działanie człowieka na naturę – ale to już inny temat.

20170219_142459

20170223_173357
Krzesła upamiętniają osoby, które zginęły w wyniku trzęsienia ziemi.

Po przeprowadzce do Blenheim (tak, dalej mowa o Nowej Zelandii), pojechaliśmy na mała przejażdżkę po okolicy. Queen Charlotte Drive to przepiękna droga wzdłuż wybrzeża i „fiordów” z krystalicznie czystą wodą.

IMG_1988IMG_1976IMG_1963IMG_1962IMG_1957IMG_1955

Jednego dnia z samego rana udaliśmy się na przechadzkę po okolicznych górach. Nie są to typowe góry jak w Polsce, bo mają „zaledwie” po kilkaset metrów, ale zaczynają się praktycznie od poziomu morza. Poszliśmy na górę Vernon (422 m n.p.m.) i w sumie zajęło nam to 5 godzin i przeszliśmy około 25 kilometrów.

IMG-20170313-WA0000IMG-20170313-WA0007IMG-20170313-WA0006IMG-20170313-WA0005IMG-20170313-WA0003IMG-20170313-WA0002

Odpoczywaliśmy też na okolicznych plażach.

IMG_1948IMG_1945IMG_199220170219_142953

To tyle z nowości u nas, będziemy na bieżąco pisać gdy wydarzy się coś, o czym warto napisać 🙂

Reklamy

Singapur

Jesteśmy w Singapurze – mieście, o którym krążą legendy. Miasto – państwo (2 w 1)  znane z wielu zakazów i przeraźliwie wysokich kar za złamanie przepisów. Nie wolno jeść ani pić w miejscach publicznych, przechodzić w miejscach niedozwolonych, śmiecić (!!!!), okazywać zbyt wylewnie uczuć na ulicy, żuć gumy (nawet nie wolno jej posiadać na terytorium tego państwa-miasta) ani przemycać narkotyków (za to grozi kara śmierci i jest ona jak najbardziej popierana przez społeczeństwo tam mieszkające i egzekwowana przez władzę) – te i inne przepisy sprawiają, że człowiek zwiedzający Singapur musi się na początku bardzo pilnować aby przez przyzwyczajenia nie popaść w kłopoty. Zakaz wożenia zwykłej gumy do żucia wydaje się śmieszny i w ogóle bezpodstawny, jednak okazuje się, że to bardzo mądre. Widzieliśmy statystyki pokazujące kosztowność usuwania gum z chodników, ławek itp. To naprawdę kosztowne, więc jeśli ludzie nie będą żuć gum to pieniądze przeznaczone na ich usuwanie zostaną zagospodarowane na coś bardziej przydatnego. Prosta i mądra oszczędność pieniędzy. Będąc w Malezji położyliśmy plecak na chodniku, a potem zauważyliśmy przyczepioną do niego gumę – zaczęliśmy się śmiać mówiąc, że w Singapurze to by się na pewno nie stało.20170308_114922

Dzięki licznym zakazom i nakazom Singapur jest miejscem bardzo czystym i zadbanym, a komunikacja w mieście jest bardzo sprawna i szybka.

Zwiedzając to miejsce, nasze pierwsze kroki zaprowadziły nas do Akwarium w Singapurze, czyli największego Akwarium na świecie (S.E.A. Aquarium Marine Life Park). Miejsce, które jest domem dla 100.000 zwierząt morskich, gdzie zobaczyć można 800 różnych gatunków jest doświadczeniem, którego długo nie zapomnimy. Nie jesteśmy w stanie wymienić wszystkich zwierząt, które mogliśmy tam podziwiać, ale też nie chodzi chyba o to byśmy wypisywali tutaj każdą rybkę, płaszczkę, meduzę czy rekina jakiego widzieliśmy. Bo tak naprawdę to całość robi ogromne wrażenie. A co do ogromności to w akwarium znajduje się „Open Ocean” czyli ogroooomna szyba szeroka na 36 metrów,  mająca 8,3 metra wysokości, która pozwala na zaglądniecie do wnętrza tegoż zbiornika wypełnionego ponad 18 000 000 litami morskiej wody, gdzie pływa ponad 50 000 okazów. Człowiek może poczuć się jak w kinie na jakimś wodnym spektaklu (dosłownie, ponieważ w czasie gdy my tam byliśmy był obchodzony Chiński Nowy Rok i nurkowie pod wodą dali „smoczy popis” dla wszystkich turystów). Dla każdego kto planuje wizytę w tym państwie – zachęcamy by dopisać to do listy „must see” 🙂

Kolejnym zapierającym dech w piersiach miejscem jest Gardens by The Bay. Nie ma co wiele pisać bo najlepiej jest to po prostu zobaczyć, do czego gorąco zachęcamy. Szczególnie wieczór, kiedy to odbywa się muzyczno-wizualne show 🙂

Marina Bay – spacer obowiązkowy, by podziwiać piękne i wysokie wieżowce, poczuć najnowszą technologię, architekturę i wszystko to, co sprawia, że Singapur wydaje się być miastem z przyszłości.

To prawda, że Singapur nie jest tanim miastem dla turystów. Noclegi, jedzenie są drogie, ale uważamy, że jest to miejsce warte odwiedzenia jeśli ktoś byłby w tak zwanym pobliżu 🙂

IMG_1609

Kuala Lumpur

Podczas naszego pobytu w stolicy Malezji najbardziej spodobały się nam Petronas Towers -znak rozpoznawczy miasta i całego kraju. Są to dwie bliźniacze wieże, mierzące 452 metry każda – jedne z najwyższych budowli świata. Do 2004 roku były to najwyższe budynki na świecie. Za dnia jak i wieczorową porą robią wielkie (dosłownie) wrażenie 🙂
Najlepszym miejscem widokowym na całe miasto wydaje się być Chińska Świątynia – Thean Hou, poświęcona bogini morza Tian Hou, znanej również jako Mazu. Świątynia ta umiejscowiona jest na wzgórzu i posiada 4 poziomy. Jest też największą świątynią chińską w Azji południowo-wschodniej. 
Będąc w Kuala Lumpur koniecznie trzeba zobaczyć Batu Caves – kompleks jaskiń skalnych, w których znajduje się kompleks świątyń hinduistycznych. Są one jednymi z najważniejszych takich ośrodków usytuowanych poza Indiami, dlatego są tak tłumnie odwiedzane przez turystów i pielgrzymów. Aby się dostać się do samych jaskiń trzeba pokonać 272 stopnie, pnących się od stóp złotej statuy Murugan (złoty posąg mierzy 42 metry!). Po drodze na szczyt towarzyszą nam makaki, które tylko czekają na turystów aby ukraść im jedzenie 🙂
Dla wszystkich miłośników przyrody i kwiatów polecamy odwiedzenie Ogrodów Orchidei.
img_1170
Co do samej stolicy Malezji – niestety, nie spodobała nam się, chociaż niejednokrotnie spotykamy się z odmiennymi opiniami, ale każdy ma prawo do swojego zdania 🙂 Miasto wielkie i wręcz nas przytłaczające. Na ulicy pełno śmieci, tak że nie trudno zauważyć chodzące karaluchy. Po zmroku oczywiście mnóstwo ludzi rozkładających sobie wózeczki serwując lokalne specjały. Fanami tamtejszego jedzenia również nie zostaliśmy. Co nam się podobało? To, że większość ludzi tam spotkanych mówiła po angielsku, więc było nam się łatwiej porozumieć niż w Tajlandii. Byliśmy również pod wrażeniem środków komunikacji – metro – sprawnie i szybko działające, a autobusy długodystansowe – z wygodnymi siedzeniami i mające sporo miejsca na nogi (a to, że raczej na czas nie przyjeżdżają… to chyba już tak tam jest :)).